Ta witryna wykorzystuje pliki cookies do przechowywania informacji na Twoim komputerze. Bez nich strona nie będzie działała poprawnie. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień dotyczących cookies.
42069 osoby czytały to 593436 razy. Teraz są 3 osoby
      3 użytkowników on-line
     Tekst ODCINEK 2
     był czytany 856 razy

ODCINEK 2

   Pani Han­ke de­li­kat­nie otar­ła łzę i wzię­ła się pod boki. Przy­szłość, jaka się przed nią ry­so­wa­ła, była nie­we­so­ła. Stra­ci­ła swo­je­go głów­ne­go pra­co­daw­cę, u któ­re­go sprzą­ta­ła i go­to­wa­ła już po­nad dzie­sięć lat. A te­le­fon upar­cie mil­czał i zni­kąd nie po­ja­wia­ły się nowe pro­po­zy­cje. Zresz­tą, cze­mu się dzi­wić w jej wie­ku? Czter­dziest­ka, do któ­rej się ofi­cjal­nie przy­zna­wa­ła, stuk­nę­ła jej już daw­no. W jej fa­chu to prze­cież eme­ry­tu­ra.
   – Pro­szę nie pła­kać, pani Han­ke – wy­so­ki, wy­chu­dzo­ny i siwy jak go­łą­bek męż­czy­zna przy­tu­lił kor­pu­lent­ną po­stać go­spo­si. – On zo­sta­nie na za­wsze w na­szych ser­cach.
   – Tyl­ko co z tego, je­śli nie ma go tu mię­dzy nami – wes­tchnę­ła smut­no go­spo­sia.
   – Czło­wiek naj­dłu­żej żyje w pa­mię­ci in­nych lu­dzi. Dla­te­go on bę­dzie żyć nie­mal wiecz­nie – do­dał dru­gi z obec­nych męż­czyzn, gru­ba­sek o moc­nych wy­pie­kach na po­licz­kach, pa­te­tycz­nie pod­kre­śla­ją­cy sa­mo­gło­ski koń­czą­ce wy­ra­zy. – A my po pro­stu mu­si­my wró­cić do swo­ich obo­wiąz­ków i da­lej nieść po­moc lu­dziom, pani Han­ke.
   – Pew­nie, wam to ła­two po­wie­dzieć – wy­bu­chła szlo­chem go­spo­sia. – Ma­cie pra­cę, a ja?
   Jej uwa­ga skon­ster­no­wa­ła oby­dwu męż­czyzn. Tych słów się z pew­no­ścią po niej nie spo­dzie­wa­li. Ale nie byli pew­ni, czy nie po­win­ni się spo­dzie­wać. W koń­cu wer­sje sce­na­riu­sza czę­sto ule­ga­ją zmia­nom do ostat­niej chwi­li.
   – Ależ pani Han­ke – pró­bo­wał „szyć” siwy chu­dzie­lec od­gry­wa­ją­cy rolę or­dy­na­to­ra Ste­ca. – Prze­cież dok­tor Staś za­pi­sał pani dom i okrą­głą sum­kę…
   – Tak, w te­le­wi­zo­rze to tak ład­nie wy­glą­da. Ale sami wie­cie, jaka jest praw­da. Po jego śmier­ci moja rola sta­je się zu­peł­nie nie­istot­na.
   – Ależ pani Han­ke, pani jest bar­dzo cen­na… – gru­ba­sek z wy­pie­ka­mi, zna­ny po­wszech­nie jako pro­fe­sor Bar­na­ba Kłyś, usi­ło­wał uspo­ko­ić wzbu­rzo­ną ko­bie­tę.
   – Pew­nie, ła­two ci mó­wić. Ty po odej­ściu No­skow­skie­go bę­dziesz wię­cej grał w se­ria­lu. A Za­wiał­ło – wska­za­ła gło­wą na si­we­go chu­dziel­ca – do­sta­nie za nie­go te rolę w tej su­per­pro­duk­cji hi­sto­rycz­nej.
   – Stop! – wrza­snął re­ży­ser Ku­liń­ski, któ­ry już od dłuż­sze­go cza­su przy­glą­dał się ze zdzi­wie­niem ca­łej sce­nie, nie mo­gąc od­na­leźć w sce­na­riu­szu tek­stów mó­wio­nych przez pa­nią Han­ke vel Se­ra­fiń­ską.
   – Baś­ka, co ty ro­bisz? – Kłyś-Da­nie­le­wicz spoj­rzał zde­gu­sto­wa­ny na ko­le­żan­kę.
   – Do­kład­nie, co ko­le­żan­ka robi? – uniósł się or­dy­na­tor Stec-Za­wiał­ło. Nie prze­pa­dał za Han­ke-Se­ra­fiń­ską i dla­te­go, mimo ogól­nie przy­ję­tych zwy­cza­jów, nie mó­wił do niej po imie­niu. – To nie­pro­fe­sjo­nal­ne! Ja tu nie mam cza­su, za­raz po zdję­ciach je­stem umó­wio­ny na lek­cję ję­zy­ka.
   – A mnie te­raz na nic nie stać! – zde­ner­wo­wa­ła się Han­ke-Se­ra­fiń­ska. – Oprócz dzi­siaj mam jesz­cze tyl­ko dwa dni zdję­cio­we. I co ja ze sobą zro­bię, jak mi nie wy­pa­li ta fir­ma szko­le­nio­wa?!
   – To chy­ba jesz­cze nie po­wód, żeby prze­ry­wać zdję­cia – pró­bo­wał ła­go­dzić sy­tu­ację Ku­liń­ski. – Zresz­tą, może w na­stęp­nym se­zo­nie sce­na­rzy­ści wy­my­ślą dla pani ja­kiś wą­tek.
   – Aku­rat. Idę w od­staw­kę!
   – To przy­kre – stwier­dził nie bez pew­nej sa­tys­fak­cji Za-wiał­ło – ale mo­gła ko­le­żan­ka za­cząć grać w to­to­lot­ka. Po­dob­no ostat­nio w ko­lek­tu­rze obok na­sze­go stu­dia pa­dła szóst­ka.–
   Nig­dy nie by­łam ha­zar­dzist­ką i nie mam za­mia­ru tego zmie­niać!
   – Do­praw­dy? To po co ko­le­żan­ka ry­zy­ko­wa­ła, że ją zła­pią po śmier­ci No­skow­skie­go? – Za­wiał­ło spoj­rzał na nią zna­ko­mi­cie zdzi­wio­nym wzro­kiem. – Było sens go za­bi­jać, sko­ro wszy­scy wie­dzie­li, że była ko­le­żan­ka na nie­go wście­kła?
   – Co ty opo­wia­dasz?! Po co mia­ła­bym to ro­bić?! Prze­cież przez to nie wró­cił­by do se­ria­lu, a ja nie od­zy­ska­ła­bym roli!
   – I tak by do nie­go nie wró­cił. Za to mo­gła się ko­le­żan­ka w ten spo­sób na nim ze­mścić. To do­bry mo­tyw.
   – Przy­po­mi­nam ci, że ty mia­łeś lep­szy – ode­zwał się Da­nie­le­wicz.
   Za­wiał­ło za­marł, prze­łknął śli­nę i od­ru­cho­wo zła­pał się za połę ma­ry­nar­ki. Miał pod nią ukry­te­go swo­je­go ma­łe­go sta­lo­we­go przy­ja­cie­la, za­wie­ra­ją­ce­go dwie­ście mi­li­li­trów zna­ko­mi­tej mię­tów­ki, któ­ra po­ma­ga­ła mu ra­dzić so­bie w stre­so­wych sy­tu­acjach. Czy­li śred­nio kil­ka razy dzien­nie.
   – Nie ro­zu­miem, o czym mó­wisz. 
   - Ro­zu­miesz, ro­zu­miesz – za­ja­zgo­ta­ła Se­ra­fiń­ska. – Wszy­scy wie­dzą, że ry­wa­li­zo­wa­łeś z No­skow­skim o rolę w tej su­per­pro­duk­cji, w tych Mie­czach Grun­wal­du. Ca­sting prze­gra­łeś o włos. A po śmier­ci No­skow­skie­go zwol­ni­ła się głów­na rola.
   – I co z tego?! Mam już za­ję­te ter­mi­ny.
   – Ter­mi­ny się prze­su­nie, od­wo­łasz ja­kieś inne zo­bo­wią­za­nia. Taka su­per­pro­duk­cja to su­per­pie­nią­dze.
   – No nie, ja w ta­kich wa­run­kach nie mogę pra­co­wać! – Za­wiał­ło po­trzą­snął swo­ją siwą czu­pry­ną i naj­wy­raź­niej miał za­miar opu­ścić plan.
   – Ja zwa­riu­ję! – za­ła­mał ręce re­ży­ser. – Kwa­drans prze­rwy! – krzyk­nął do eki­py, a gdy ta za­czę­ła się roz­cho­dzić, do­dał dużo ci­szej w stro­nę pro­fe­so­ra Kły­sia. – Pa­nie Ry­szar­dzie…
   – Prze­cież pro­si­łem, pa­nie re­ży­se­rze, na pla­nie wolę, jak się do mnie zwra­ca moim se­ria­lo­wym imie­niem.
   – Ano tak. Więc pa­nie Bar­na­bo.
   – Wo­lał­bym: pro­fe­so­rze Bar­na­bo – po­pra­wił go Da­nie­le­wicz.
   – Oczy­wi­ście – Ku­liń­ski z tru­dem ha­mo­wał wście­kłość, ale wie­dział, że je­śli sy­tu­acja ma być opa­no­wa­na, a zdję­cia mają to­czyć się da­lej, to nie ma wyj­ścia, musi sko­rzy­stać z po­mo­cy ak­to­ra sły­ną­ce­go ze swo­ich me­dia­tor­skich umie­jęt­no­ści. – Pro­fe­so­rze Bar­na­bo, gdy­by pan mógł nie­co ostu­dzić tem­pe­ra­ment tych dwoj­ga.
   – Ależ oczy­wi­ście. Cze­go się nie robi dla sztu­ki. I dla me­dy­cy­ny.
    
   Jacek wy­god­nie usiadł w fo­te­lu sto­ją­cym w rogu ga­bi­ne­tu pro­du­cen­ta. Tyl­ko to miej­sce gwa­ran­to­wa­ło, że jego roz­mów­ca nie znik­nie na­gle z pola wi­dze­nia. Bo od chwi­li, kie­dy Przy­pa­dek wszedł do biu­ra Ko­kosz­ki i z nim się przy­wi­tał, ten już zdą­żył być w pię­ciu róż­nych miej­scach po­ko­ju. Pro­du­cent, ni­ski, bar­dzo szczu­pły, pra­wie cał­ko­wi­cie łysy, po­ru­szał się bo­wiem z pręd­ko­ścią bły­ska­wi­cy, nie chcąc uro­nić na­wet se­kun­dy ze swo­je­go cen­ne­go cza­su na nie­po­trzeb­ne sta­nie w miej­scu.
   – Pro­szę mi opo­wie­dzieć, jak to było – za­czął Ja­cek.
   - Tego dnia na­gry­wa­li­śmy sce­nę sty­py i ostat­nie uję­cia z dok­to­rem Sta­siem, to zna­czy pa­nem No­skow­skim, w cza­sie któ­rych naj­bliż­si mu bo­ha­te­ro­wie se­ria­lu że­gna­li się z nim krót­ko przy trum­nie w domu po­grze­bo­wym. – Ko­kosz­ka wy­jął z pół­ki se­gre­ga­tor i nie prze­sta­jąc do Przy­pad­ka mó­wić, spraw­dzał, czy zga­dza­ją się wszyst­kie po­zy­cje w kosz­to­ry­sie. – No­skow­ski wła­ści­wie nic nie grał, le­żał w trum­nie i tyle. Dla­te­go mógł so­bie po­zwo­lić na wy­pi­cie odro­bi­ny wię­cej al­ko­ho­lu.
   – Ile to było odro­bi­nę wię­cej?
   – Szcze­rze mó­wiąc, sły­nął z moc­nej gło­wy. Na­wet litr wód­ki nie ro­bił na nim więk­sze­go wra­że­nia. A tego dnia każ­dy się z nim chciał na­pić. Zresz­tą, za­raz po za­koń­cze­niu zdjęć pla­no­wa­li­śmy więk­szą im­pre­zę po­że­gnal­ną No­skow­skie­go.
   – Gdzie się mia­ła od­być?
   – Wła­ści­we w tym sa­mym miej­scu. Dom po­grze­bo­wy za­aran­żo­wa­li­śmy na za­ple­czu re­stau­ra­cji „Pod Ryb­ką”, gdzie czę­sto na­gry­wa­my sce­ny dzie­ją­ce sięw pu­bach i ka­wiar­niach. Po­tem prze­nie­śli­śmy się na salę re­stau­ra­cyj­ną, gdzie krę­ci­li­śmy sce­nę sty­py, cho­dzi­ło o to, żeby nie było kosz­tów prze­wo­że­nia eki­py. – Ko­kosz­ka odło­żył se­gre­ga­tor i z pręd­ko­ścią świa­tła usiadł za biur­kiem i za­czął kle­pać w kla­wia­tu­rę swo­je­go kom­pu­te­ra. – A po na­krę­ce­niu tej sce­ny roz­po­czę­ła się im­pre­za po­że­gnal­na. Ale i tak wszy­scy chcie­li się z nim na­pić już w domu po­grze­bo­wym.
   – Z ja­kie­goś kon­kret­ne­go po­wo­du?
   – Z bar­dzo kon­kret­ne­go, pro­szę pana. Bo ak­to­rzy, pro­szę pana, to nie­od­po­wie­dzial­ni idio­ci, gdy­bym ja ich nie upil­no­wał, to żad­nej sce­ny by nie na­krę­ci­li. Dla­te­go sta­ra­łem się to ja­koś ogra­ni­czać, żeby nie byli schla­ni, za­nim skoń­czy­my na­gry­wać.
   – Mu­siał pan oso­bi­ście?
   – Pro­szę pana, ja tu wszyst­ko mu­szę sam w grun­cie rze­czy ro­bić, bo gdy­by nie ja, to w jed­nej chwi­li by się toto roz­pa­dło. Chęt­nie bym się z kimś po­dzie­lił pra­cą, ale my­śli pan, że w tym kra­ju moż­na spo­tkać ja­kie­goś uta­len­to­wa­ne­go czło­wie­ka? Pro­szę pana, ab­so­lut­nie nie. Dla­te­go to ja tak na­praw­dę mu­szę pi­sać sce­na­riu­sze, re­ży­se­ro­wać, a do tego jesz­cze pro­du­ko­wać cały ten baj­zel, bo in­a­czej…
   – Jak pan pil­no­wał No­skow­skie­go? – wszedł mu w sło­wo Ja­cek.
   – Nor­mal­nie. Sie­dzia­łem obok nie­go cały czas i kon­tro­lo­wa­łem, żeby nikt poza nim nie wy­pił wię­cej niż kie­li­szek al­ko­ho­lu. Tyl­ko tak była szan­sa na to, że do­trwa­ją do tej sce­ny sty­py. To już mo­gli za­grać wsta­wie­ni, to na­wet dra­ma­tur­gicz­nie uza­sad­nio­ne. Co to ja mó­wi­łem, pro­szę pana? Aha, więc mu­sia­łem pil­no­wać tych idio­tów. Bo, pro­szę pana, ak­to­rzy to kom­plet­ni idio­ci. A już naj­więk­si idio­ci to ci, któ­rzy gra­ją do­brze wy­kształ­co­nych. Bo za­grać pro­fe­so­ra, pro­szę pana, to na­praw­dę po­tra­fi byle idio­ta. Za to za­grać idio­tę, to już wyż­sza szko­ła jaz­dy, do tego trze­ba być choć tro­chę in­te­li­gent­nym, a zna­leźć in­te­li­gent­ne­go ak­to­ra to tak, jak tra­fić szóst­kę w tot­ka, pro­szę pana…
   – A kto przy­niósł do domu po­grze­bo­we­go te fe­ral­ne trzy pół­li­trów­ki?
   – Ja sam. I do tego za­po­wie­dzia­łem, że je­śli po­ja­wi się tam cho­ciaż je­den gram al­ko­ho­lu wię­cej, to wy­wa­lę na zbi­ty pysk. – Ko­kosz­ka w ułam­ku se­kun­dy po­rzu­cił kom­pu­ter, przy­siadł się do Jac­ka i za­czął prze­glą­dać ka­ta­log z pięk­ny­mi zdję­cia­mi uro­kli­wych do­mów ład­nie od­ci­na­ją­cych się na tle błę­ki­tu nie­ba.
   – Skąd pan wziął te trzy pół­li­trów­ki?
   – Ku­pi­łem całą skrzyn­kę w skle­pie, mam ra­chu­nek.
   Ja­cek na­wet nie do­strzegł tego, że Ko­kosz­ka w mgnie­niu oka pod­biegł do jed­ne­go z se­gre­ga­to­rów, otwo­rzył go, wy­jął coś z nie­go, za­mknął i odło­żył na pół­kę. Do­pie­ro kie­dy pro­du­cent pod­su­nął mu pod nos ja­kiś świ­stek pa­pie­ru, za­uwa­żył, że Ko­kosz­ka nie sie­dzi obok nie­go, tyl­ko przed nim stoi. Przy­pa­dek przyj­rzał się ra­chun­ko­wi.
   – Całą skrzyn­kę? Po co?
   – Żeby było po­tem na sty­pę. Od re­stau­ra­cji to ja za­sad­ni­czo bio­rę tyl­ko po­miesz­cze­nie, bo gdy­bym jesz­cze miał wziąć wy­szynk, to w jed­nej chwi­li bym zban­kru­to­wał. Tak­że trzy bu­tel­ki po­wę­dro­wa­ły do domu po­grze­bo­we­go, a resz­ta na stół ze sty­pą. Przy oka­zji za­osz­czę­dzi­łem na re­kwi­zy­tach do na­krę­ce­nia sce­ny Te­le­wi­zja mi cały czas tnie bu­dżet, bo mó­wią, że mi oglą­dal­ność spa­da. Już do­kła­dam do tej pro­duk­cji, a za­raz to kom­plet­nie za swo­je pie­nią­dze będę mu­siał ją na­gry­wać.
   – Współ­czu­ję. Ale za­wsze pan może już tego nie na­gry­wać.
   – To z cze­go będę żył?
   – Na pew­no nie z cze­goś, do cze­go pan do­kła­da.
   Ja­cek spoj­rzał na pro­du­cen­ta z tak szcze­rym zdzi­wie­niem, że ten za­czął się za­sta­na­wiać, czy na pew­no de­tek­tyw jest wy­star­cza­ją­co by­stry, aby za­jąć się tak de­li­kat­ną spra­wą. Bo sko­ro nie ro­zu­mie, że naj­le­piej za­ra­bia się na in­te­re­sach, do któ­rych się do­kła­da, to chy­ba po­wi­nien zmie­nić za­wód na taki wy­ma­ga­ją­cy mniej­szej ilo­ści lo­gicz­ne­go my­śle­nia.
   – Co to ja mó­wi­łem, pro­szę pana? Aha. O tych trzech pół­li­trów­kach. No więc, wy­ją­łem je ze skrzyn­ki i za­nio­słem.
   – Jest pan pe­wien, że ich nikt nie pod­mie­nił na miej­scu?
   – Pil­no­wa­łem ich. Zresz­tą, trud­no to zro­bić, bo tam ka­me­ra za­wsze ja­kaś włą­czo­na jest albo ktoś fo­to­sy pstry­ka. Tak­że prak­tycz­nie nikt ich nie mógł pod­mie­nić nie­zau­wa­żo­ny. A po­nie­waż No­skow­ski zmarł w wy­ni­ku za­tru­cia al­ko­ho­lem me­ty­lo­wym, to je­stem pierw­szy na li­ście po­dej­rza­nych – mó­wiąc to, chwy­cił za ko­mór­kę. – Prze­pra­szam, ale mu­szę gdzieś za­dzwo­nić. Ku­pu­ję swój siód­my dom w To­ska­nii – rzu­cił od nie­chce­nia. – Wie pan, nie mogę się oprzeć, ta­kie cu­dow­ne miej­sce, tyle słoń­ca i lu­dzie tacy po­god­ni. W ogó­le to ja ko­cham Ita­lię.
   – Cie­szę się w imie­niu wszyst­kich Wło­chów, ale wo­lał­bym jak naj­szyb­ciej do­koń­czyć na­szą roz­mo­wę, bo oba­wiam się, że nie mamy na nią zbyt wie­le cza­su.
   – Dla­cze­go?
   – Bo za­raz ktoś tu wpad­nie i nie po­zwo­li nam jej do­koń­czyć.

Komentarze czytelników