Tekst ODCINEK 8
był czytany 753 razy
ODCINEK 8
Jacek siedział przy stoliku w restauracji „Pod Rybką”, odpoczywając po biegu i uzupełniając płyny fizjologiczne. Dyskretnie rozglądał się przy tym po planie filmowym, w jaki zamienił się ten popularny nadwiślański lokal. Pierwszy raz znalazł się w takim miejscu i choć czasem widywał je w kinie czy telewizji, był zdziwiony wrażeniem, jaki na nim zrobiło.
Słowo rozczarowanie byłoby tu może zbyt daleko posuniętym wnioskiem. Faktem jest jednak, że miejsce to nie miało w sobie niczego magicznego. Jedna wielka plątanina kabli, włączonych reflektorów, ludzi ważniejszych i mniej ważnych. Ich hierarchię rozpoznał najlepiej, gdy ogłoszono przerwę obiadową. Najpierw posiłek otrzymał reżyser i gwiazdy. Następnie kolejność wydawania jedzenia schodziła na dół po szczebelkach ważności i wysokości stawki za dzień zdjęciowy, by zatrzymać się na tych, którzy pracowali tu za grosze, bardziej po to, by zdobyć doświadczenia na planie, niż zarobić pieniądze.
Jacka najbardziej zainteresowała jedna z postaci, która, mimo że była gwiazdą pierwszej wielkości, podziękowała za posiłek i bezustannie przechadzała się tam i z powrotem, co chwilę klepiąc się po lewej pole marynarki. Widać było, że postać tę trapi jakiś szczególny problem, którego nie potrafi ona do końca rozwiązać.
– Można się przysiąść? – przy stoliku Jacka pojawił się sympatycznie uśmiechnięty jowialny grubasek. Przypadek kiwnął przyzwalająco głową, nie przestając obserwować nerwowo krążącego Zawiałły. Grubasek zaś postawił trzymaną w ręku tacę z jedzeniem na stole, a następnie skłonił się przed Przypadkiem i zapytał: – My się chyba nie znamy? – Nie czekając na odpowiedź, wyciągnął rękę w kierunku detektywa. – Może się przedstawię, Ryszard Danielewicz jestem. – Uścisnął energicznie dłoń Jacka i nie wypuszczając jej, dodał: – Może ja niewyraźnie powiedziałem, to powtórzę. Ryszard Danielewicz – przedstawił się raz jeszcze, uśmiechając się szeroko ze swojego dowcipu, a ponieważ Jacek najwyraźniej go nie zrozumiał, dodał skromnie: – Gram tutaj małą rólkę.
– Jacek Przypadek. Szukam mordercy pana Noskowskiego.
– Ach, pan jest tym detektywem wynajętym przez pana Kokoszkę? To chyba ciężka i trudna praca? Wiem coś o tym, sam byłem kiedyś detektywem. To znaczy, grałem detektywa, ale dzięki temu bardzo dobrze poznałem trudy tego fachu. Pewnie ma pan już jakichś podejrzanych? Rozumiem, że każdego zaraz pan przesłucha? Po to pan tu przyszedł? – Danielewicz zasypał Jacka gradem pytań.
– Umówiłem się z producentem. Dzisiaj wychodzi z aresztu. A przesłuchiwać nie mogę, nie mam takich kompetencji. Natomiast chętnie porozmawiam z kilkoma osobami.
– To proszę zacząć ode mnie. Gram tutaj wprawdzie małą rólkę… – Danielewicz zawiesił głos, jakby czekając na reakcję swojego rozmówcy. Na początku jeszcze rozumiał, że Jacek może być nieco skonsternowany spotkaniem z tak wielką gwiazdą jak on i nie pojmować jego subtelnej ironii. Ale chyba najwyższy czas, żeby zaprzeczył! Tak jak wszyscy inni, na których Danielewicz trenował swoje słynne poczucie humoru!
Niestety, zamiast tego Jacek zapytał:
– Nie będę przeszkadzał w posiłku?
– Ależ skąd. Umiem mówić w trakcie jedzenia, czasem przecież gram sceny, w których jem. Co prawda nie gram zbyt dużo…– urwał i spojrzał na Jacka z nadzieją, ale ten był wciąż bardziej zajęty obserwowaniem Zawiałły, który przechadzał się nerwowo po planie, niż rozmową z nim. Dlatego Danielewicz pomyślał, że Przypadek po pierwsze jest arogantem, a po drugie nie jest chyba tak bystry, jak o nim mówią, skoro nie potrafi docenić tak przedniego dowcipu. Pokręcił niezadowolony głową i kontynuował: – Wie pan, moim zdaniem, tu nikt nie jest winny. Owszem, czasem się tu spieramy, czasem podgryzamy. Cóż, rywalizacja. Ale to jeszcze nie powód, żeby kogoś zabijać. Zwłaszcza że Noskowski tuż przed śmiercią obiecał paru osobom, że im zwróci długi.
– Panu również? – Jacek oderwał wzrok od Zawiałły i spojrzał z zainteresowaniem na swojego rozmówcę.
- Ode mnie nic nie pożyczył, bo ja zwykle nie mam portfela przy sobie. Ale innym to był winny nawet po dwadzieścia tysięcy.
– A on często obiecywał, że zwróci długi?
– A skąd. W zasadzie to nikt nigdy nie wierzył, że odzyska te pieniądze. Nawet tak tu żartowaliśmy, że doktor Staś zapił się na amen, byleby tylko nie oddawać kasy.
– Czyli, pana zdaniem, nikt nie odpowiada za śmierć pana Noskowskiego?
– Jeśli już, to Henio Kokoszka – palnął bez namysłu Danielewicz, ale od razu się zastrzegł. – W pewnym sensie, oczywiście. Lubię go, ale to straszliwy sknerus jest. Dlatego chciał jak najmniej wydać na wódę, bo „Pod Rybką” rzeczywiście tanio nie jest. No i kupił trefny alkohol.
– Kupił go w sklepie. Widziałem rachunek.
– A widział pan cenę? W Warszawie właściwie nigdzie nie można kupić tak tanio wódki, nawet w hurcie. Ja się na tym znam, sam kiedyś knajpę miałem. A Henio Kokoszka jest mistrzem oszczędzania. Nie znajdzie pan nikogo, kto tak tanio wyprodukuje odcinek serialu. Jak jest potrzebna scena na lotnisku, to weźmie byle jaki kawałek ściany, każe nalepić naklejkę z napisem „Hala odlotów”, postawi pod nią aktorów i ma lotnisko. Scena w tropikach? Proszę bardzo. Dwie palmy w doniczkach, jakieś ładne błękitnego tło i bohaterowie już mają egzotyczne wakacje. Mówię panu, geniusz, nikt nie potrafi tak tanio nakręcić odcinka jak on. No i na tym przyjęciu pożegnalnym Noskowskiego też chciał zaoszczędzić i kupił tanią wódkę w sklepie. I tak dobrze, że tylko Noskowski się tak strasznie zatruł, bo tu wszyscy pili wyłącznie toto, choć im twarz wykrzywiało.
– Mówi pan, że na stole była wyłącznie wódka przyniesiona przez pana Kokoszkę?
– Byłaby, gdyby nie ja. Wszystkim wykręcało nos od tego, z przeproszeniem gówna. Zrobiło mi się żal i osobiście zamówiłem w barze dwie butelki najlepszej wódki. Bo ja, proszę pana, nie znoszę podłej wódki. – Danielewicz wstał od stołu i postanowił dać jeszcze jedną szansę Przypadkowi. – No, muszę lecieć, bo zaraz zaczynamy. Wprawdzie nie gram tu nikogo ważnego.
– Oczywiście, nie zatrzymuję pana.
– Aha – uśmiechnął się kwaśno Danielewicz i stwierdził, że kaktus mu wyrośnie na dłoni, jak taki tępak znajdzie mordercę Noskowskiego. – To lecę i przepraszam, że pewnie panu nie pomogłem za dużo.
– Wprost przeciwnie. Bardzo mi pan pomógł. Ale pewnie jeszcze pana poproszę o jedną przysługę.
– Jaką?
– Pan podobno uczy aktorstwa. Chciałbym u pana wziąć kilka prywatnych lekcji.
– Pan chcę być aktorem?
– W żadnym wypadku. Jest mi to potrzebne do rozwiązania zagadki.
– Chętnie. Ale wie pan, ja nie jestem tani.
– To bez znaczenia. Proszę policzyć najwyższą stawkę. Pan Kokoszka zapłaci.
Kokoszka z przerażeniem rozejrzał się po planie. W jednej chwili zaschło mu w gardle. W jego głowie uruchomił się kalkulator o ogromnej wydajności, który błyskawicznie podliczał wszystkie straty, jakie przy tej jednej scenie poniósł producent. Kiedy suma przekroczyła już pięć tysięcy złotych, Kokoszka chwycił się za serce i z trudem łapał powietrze.
Gdyby nie fakt, że przerwanie nagrania mogło jeszcze zwiększyć wydatki, ryknąłby na wszystkich. Dlatego postanowił znaleźć sobie jakiś zastępczy cel, który pomógłby mu wyładować swoją złość. Poszukał wzrokiem Przypadka, z którym się tu umówił. Zobaczył go daleko, przy jednym ze stolików, jedzącego obiad. Z szybkością geparda i zwinnością pantery Kokoszka w jednej chwili przeniósł się bezszelestnie w pobliże detektywa.
– Może by pan się wreszcie zajął szukaniem mordercy, zamiast korzystać z mojego cateringu – syknął wściekły Kokoszka.
– Niestety, nikt mi nie zaproponował skorzystania z cateringu. Dlatego zamówiłem zwykły obiad. Na pana koszt.
– Co?! Jeszcze to?! Nie dość mnie pan, proszę pana, do tej pory obrabował!? Codziennie dostarczali mi do celi stosy nowych rachunków! Może mi pan wyjaśni, po co panu była ochrona?! No i ten hotel?!
– Nie hotel, tylko najdroższy hotel w mieście – sprecyzował Jacek, odstawiając talerz. – Wynająłem to miejsce, żeby poczuć się jak prawdziwa gwiazda. Szkoda, że nie miałem czasu tam wpaść.
– Co?! To ja od tygodnia płacę ciężkie pieniądze za hotel, z którego pan nie korzysta?!
– Ale kiedy pomyślę, że mogę tam w każdej chwili przenocować, rozwiązywanie sprawy idzie mi o wiele lepiej. A tak w ogóle to bardzo się cieszę, że już pana widzę na wolności.
– Już? Chciał pan powiedzieć, dopiero! – wysyczał wściekły producent. Jego złość pogłębiał fakt, że wciąż nie mógł, ze względu na nagrywanie, po prostu wykrzyczeć swojej frustracji, a jedynie mówić półgłosem. – Ten pański adwokat się nie spieszył! Gdybym to ja skończył prawo, to zapewniam, że sam siebie wyciągnąłbym z aresztu w pięć minut!
– Nie wątpię, od razu widać, że jest pan człowiekiem niezliczonej liczby talentów.
– Oczywiście, proszę pana, oczywiście – Kokoszka kątem oka zanotował, że właśnie skończono nagrywanie sceny. – Gdyby nie to, że muszę produkować ten serial, to mógłbym osiągnąć, proszę pana, naprawdę wiele.
– W takim razie to naprawdę wielka strata dla ludzkości, że zdecydował się pan zająć akurat tym.
– Tak, to wielka strata – przytaknął nieco udobruchany Kokoszka. Chciał chyba jeszcze coś dodać, ale do jego głowy dotarło nieśmiałe przypuszczenie, że Jacek z niego kpi. Wprawdzie nie powinien tego robić, bo po pierwsze nikt z żywych nie powinien wątpić w geniusz producenta. A po drugie przecież producent płacił mu ze swoich pieniędzy i był przekonany, że każda taka osoba, zgodnie z zasadą zdrowego rozsądku, powinna się skupić wyłącznie na potakiwaniu mu. Ale jednak w tym gościu było coś niesamowicie irytującego, jakieś dziwne połączenie hedonizmu i nonkonformizmu, którego Kokoszka nie był w stanie pojąć. – Co to ja chciałem…?
– Witam, cieszę się, że pana widzę – Zawiałło niemal zgiął się wpół w ukłonie przed producentem. – Osobiście podpisywałem list protestacyjny w sprawie pańskiego aresztowania. Miałbym parę słówek do powiedzenia – Zawiałło spojrzał znacząco na Jacka. – Na osobności.
– Oczywiście, na osobności. Poznajcie się panowie. Pan Zawiałło, pan Przypadek… Pan Przypadek rozwiązuje w moim zastępstwie sprawę śmierci Noskowskiego, bo ja nie mam na to czasu. Pewnie będzie miał do pana kilka pytań.
– Do mnie? – Zawiałło przełknął nerwowo ślinę i poklepał przez połę marynarki swojego stalowego przyjaciela z uspokajającą miętówką. – A po co? Nie mam z tym nic wspólnego.
– Ale ja nie twierdzę, że pan ma – spojrzał z uśmiechem na aktora Przypadek.
– Więc powinien się pan zająć tą Serafińską, bo ja jestem niewinny – stwierdził kategorycznie Zawiałło.
– Aha, czyli w tej chwili denerwuje się pan tylko dlatego, że dostał pan już jakąś wstępną propozycję z Mieczy Grunwaldu i nie wie pan, jak powiedzieć o tym panu Kokoszce?
– Bzdury! – krzyknął Zawiałło w twarz Jacka. – Chciałem się jedynie poskarżyć, że znów dostałem za długie kwestie, chociaż wyraźnie prosiłem, żeby mi takich nie pisać!
– To nie o to chodzi – pokiwał przecząco głową Przypadek. – Gdyby pan rzeczywiście miał taką uzasadnioną pretensję, pewnie po prostu spokojnie podszedłby pan do producenta i mu o tym powiedział. Ale pan od rana denerwował się przed tym spotkaniem. Chodził pan w tę i z powrotem i z nikim nie rozmawiał. Wiedział pan, że pan Kokoszka dzisiaj tu wpadnie, i zbierał się w sobie przed tą rozmową. Odruchowo sięgał pan do wewnętrznej kieszeni po piersiówkę, żeby się napić na te nerwy – Przypadek pociągnął nosem. – Tak à propos, czuję, że wciąż pan produkuje swoją słynną miętówkę.
– To jest wyłącznie moja prywatna sprawa!
- Pod warunkiem, że nie odlewał pan paru kieliszków z każdego nastawu, żeby uzbierać na trzy flaszki alkoholu metylowego…
– Jak pan śmie?! Ja jestem zasłużonym aktorem! Ja mam ordery! Ja walczyłem z komuną!
– I chwała panu za to. Ale kolegę z roli w Mieczach Grunwaldu chciał pan wysadzić do ostatniej chwili jego życia.
– Serafińska to panu powiedziała? Tak?! To oświadczam panu, że ona bezczelnie kłamie!
– Z panią Serafińską jeszcze nie rozmawiałem. Za to z wywiadów z panem wynikało, że bez przerwy szkoli pan niemiecki, mimo że przegrał pan już z Noskowskim walkę o rolę w Mieczach Grunwaldu. Czyli wciąż uważał pan, że zagra rolę okrutnego Czcibora.
– Ja się nie pozwolę obrażać. A niemieckiego uczę się cały czas, bo to piękny, dźwięczny język, który chciałbym poznać. I bardzo proszę, żeby nie pisano dla mnie tak długich kwestii, bo jeśli to się nie zmieni, zażądam renegocjacji mojego kontraktu. – Zawiałło odszedł, nie czekając na odpowiedź Kokoszki.
– Myśli pan, że to on? – zmartwił się producent. – To byłoby straszne, straciłbym drugiego aktora.
– Obawiam się, że to nie ostatnia pana aktorska strata. Ale to nic w porównaniu z tym, że dzisiaj świat straci wspaniałą aparaturę do produkcji wysokiej jakości destylatu – stwierdził refleksyjnie.
– Skąd pan wie?
– Bo ludzie są banalnie przewidywalni, panie Kokoszka – Przypadek pokiwał ze smutkiem głową. – Mógłby mnie pan jakoś skontaktować z panią Serafińską? Potrzebuję jeszcze jednego elementu do tej układanki.