Tekst ODCINEK 10
był czytany 780 razy
ODCINEK 10
Rozjuszony Łoś spojrzał ciężko na Przypadka. Najchętniej od razu zapiąłby detektywowi kajdanki na rękach. Ale wiedział, że ten gość jest uparty bardziej niż osioł. I jeśli nie zgodzi się na jego warunki, to się nigdy nie dowie, w jaki sposób mu pomógł!
Dlatego położył się grzecznie do trumny ustawionej tak, jak w trakcie stypy po doktorze Stasiu. Następnie obejrzał odegrane kilka ostatnich minut przed odkryciem morderstwa. Widział dokładnie kelnera roznoszącego kieliszki z wódką zafundowaną kolegom przez Danielewicza. Potem musiał wysłuchać dokładnie jego mowy pożegnalnej, by w końcu poczuć przez blisko minutę ciężar głowy wybitnego aktora. Przypadek bowiem zadbał o to, żeby wszystko było w najdrobniejszych szczegółach identyczne jak owego feralnego dnia. I dopiero kiedy przerażony Danielewicz wypowiedział swoją ostatnią kwestię, Jacek dał znak, że to wszystko, i założył na głowę trzymany w ręce melonik.
– Pewnie zastanawiacie się państwo, dlaczego zacząłem od końca? Dlaczego chciałem odtworzyć akurat tę scenę, gdy pan Noskowski już nie żył, zamiast chwil, gdy wlewał w siebie trujący płyn? To proste. Tam nie znalazłbym odpowiedzi na to, kim jest morderca. A tu, była ona jak na dłoni. Ale po kolei.
– Niech pan się pospieszy i oczyści mnie jak najszybciej z zarzutów! – zirytował się Kokoszka, który nie mogąc pozostać w bezruchu, zaczął swoim zwyczajem błyskawicznie zmieniać miejsce położenia. – Ja mam na głowie całą produkcję!
Jacek spojrzał na Danielewicza, a ten tylko kiwnął głową, dając znak, że już czas podbić napięcie towarzyszące rozwiązaniu sprawy. Przypadek wycelował oskarżycielsko palec w Kokoszkę i spokojnie powiedział.
– Sęk w tym, że to pan, panie producencie, jest winny śmierci pana Noskowskiego.
– Co?! Pan chyba oszalał?! – krzyknął producent.
– Wiedziałem! – oznajmił tryumfalnie Łoś i chciał się podnieść z trumny. – Jego pierwszego aresztowałem, to moja zasługa!
– Proszę spokojnie leżeć, panie podkomisarzu. Nie powiedziałem, że pan Kokoszka zabił pana Noskowskiego, tylko że jest winny jego śmierci. A to dwie różne sprawy.
– To kto zabił?!
Jacek, zamiast odpowiedzi, poprawił na głowie melonik i przeszedł kilka kroków. Stanął naprzeciwko nad wyraz skromnie ubranej, choć niewątpliwie atrakcyjnej kobiety.
– Pani Serafińska.
– Ją też podejrzewałem – oznajmił tryumfalnie Łoś, lecz Przypadek zdawał się go nie słyszeć.
– Ale pewnie nikt nie podejrzewał, że pan Noskowski zostawił pani Serafińskiej kupon z wygraną w totolotka. Bo tylko pani wiedziała o wygranej. Pozostali dostali jedynie nagłą i niespodziewaną obietnicę zwrotu licznych długów. Niektórzy zapewne przypuszczali, że to kwestia gaży za tę superprodukcję.
– A skąd pan wie, że tak nie było? – zapytała blada Serafińska. – Przecież miał dostać za tę rolę ponad trzysta tysięcy!
– Sęk w tym, że pan Noskowski był zadłużony u wszystkich na jeszcze większą sumę. I z pewnością nie miał ochoty pozbywać się całej gaży. Co innego słynna ostatnio wygrana piętnastu milionów w wielkiej kumulacji. Taka kwota pozwala na gest. Pani też już z niej trochę wydała.
– To nieprawda! – zaperzyła się Serafińska. – Torebkę kupiłam sobie z oszczędności! I portfel też. Zresztą, już ich nie mam. To porsche też już oddałam do dealera! Właściwie tylko je pożyczyłam, żeby się przejechać! – poczuła, jak bardzo się plącze. – A w ogóle to może ja sama zagrałam w lotto?
– Pan w kolekturze, gdzie padła wygrana, na pewno potwierdzi, że nigdy pani tam nie była. Jest pani słynna. Zapamiętałby panią. Tak jak z pewnością zapamiętał regularnie tam bywającego Noskowskiego.
– Jest pani aresztowana – fuknął Łoś, który zdążył się właśnie podnieść z trumny. – A państwu już dziękujemy – powiedział do pozostałych.
– Momencik, panie podkomisarzu. To moje przedstawienie. Chyba pan nie myślał, że może skończyć się aż tak banalnie?
Podkomisarz Łoś spojrzał zdziwiony na Jacka. Co on znów kręci?! I po co ten Danielewicz poklepuje go po ramieniu?
– To mój uczeń, panie podkomisarzu – powiedział wzruszony artysta. – Sam go uczyłem stopniowania napięcia. Brawo, młody człowieku, jestem z pana dumny!
– Proszę siedzieć cicho! – warknął Łoś, nie zważając na to, do kogo śmie się zwracać. – A pan niech natychmiast mówi, o co w tym wszystkim chodzi?!
– O to, że przywłaszczenie piętnastu milionów to wprawdzie przestępstwo, za które panią Serafińską można aresztować, ale nie powiedziałem, że to ona zabiła Noskowskiego.
– No to w końcu kto go zabił?!
– Kto zabił? – Jacek ponownie poprawił melonik na głowie, zrobił kilka kroków i tym razem zatrzymał się przed wysokim, siwym chudzielcem. – Pan Zawiałło. Miał do tego świetną motywację. W końcu dostawał po koledze rolę w superprodukcji – Przypadek podszedł do podejrzanego i spojrzał mu w oczy. – Mógł też zdobyć truciznę, bo od lat produkuje na własne potrzeby alkohol.
– To nieprawda! – zerwał się przerażony aktor. – Ja nie zrobiłem nic złego! Ta rola mi się po prostu należała!
– Będzie się pan tłumaczył na komisariacie! – zagroził Łoś. – Jego też podejrzewałem!
– Chwileczkę, panie podkomisarzu. Nie powiedziałem, że pan Zawiałło zabił. Miał motyw, mógł mieć narzędzie. Ale go nie miał. Błędnie uznano, że zatruty alkohol był tylko we flaszkach pitych przez Noskowskiego w domu pogrzebowym.
– A skąd pan wie, że tak nie było?
– Z rozmów ze świadkami. Wszyscy twierdzili zgodnie, że wódka na sali śmierdziała jak tamta z domu pogrzebowego. Ale ponieważ nikt więcej się nie zatruł, to nikomu nie przyszło do głowy, że cała skrzynka była z trefną wódką. I policja jej nie sprawdzała. Prawda, panie podkomisarzu?
– Nie było podstaw – chrząknął zakłopotany Łoś. – Zresztą, skoro cała skrzynka była tego metylu, to niby dlaczego inni się nie zatruli?!
– Dzięki panu Danielewiczowi. Zwykły alkohol etylowy to najlepsza odtrutka na ten metylowy. Zaś on zafundował wszystkim dwie butelki wódki. A potem, co wszyscy widzieliśmy w odtworzonej scenie, skrupulatnie przypilnował, żeby wypili. To ich uratowało. – Roześmiany aktor zaczął się kłaniać wszystkim, zadowolony, że znów znalazł się w centrum uwagi. – I odkąd się o tym dowiedziałem, byłem pewien, że to on właśnie zamordował pana Noskowskiego.
Danielewicz zamarł w pół pokłonu. Skrzywił się, jakby dopadł go nagły spazm bólu. Wyglądało to tak, jakby nagle wypadł mu dysk, uniemożliwiając wyprostowanie się.
– Jego nie podejrzewałem – mruknął zdezorientowany Łoś.
– Co?! Co pan mówi?! Że niby ja?! Pan żartuje. Wszyscy wiedzieli, że ja nie miałem żadnego interesu.
– Miał pan. Pan Kokoszka ciągle negocjował z panem Noskowskim, bo ten dowiedział się, że Zawiałło jest na najlepszej drodze, aby go pozbawić roli okrutnego Czcibora. Dlatego się zabezpieczał tą śpiączką. Gdyby rola nie wypaliła, mógłby nagle się z niej wybudzić. Gdyby plany Zawiałły spaliły na panewce, mógłby poprosić o odłączenie aparatury i definitywnie pożegnać się z serialem
– A to drań – wściekł się producent. – A mnie mówił, że chce być w tej śpiączce z miłości do naszego serialu! I pomyśleć, że byłem gotów nawet zrezygnować z tej nakręconej sceny pogrzebu, żeby tylko nie odchodził.
– I dlatego pan się przyczynił do jego śmierci. Bo pan Danielewicz dowiedział się o tych planach. Nie podejrzewał zapewne, że Noskowski drży o swój kontrakt na superprodukcję, sądził, że jedynie obawia się o brak późniejszych propozycji. Dlatego profesor Barnaba bał się, że straci wymarzony status największej gwiazdy Miłości i medycyny. Bo przez kolejny rok ludzie by się pasjonowali tylko tym, czy doktor Staś wyjdzie ze śpiączki. Zabijając go, pozbywał się jednocześnie drugiego konkurenta z planu, pana Zawiałły, który odszedłby na miejsce Noskowskiego do Mieczy Grunwaldu. Na jednym ogniu upiekł dwie pieczenie.
– A niby skąd wziąłem całą skrzynkę takiego alkoholu? – zauważył wciąż zgięty wpół Danielewicz.
– Prowadził pan kiedyś restaurację. A ponieważ znany jest pan ze swojej oszczędności, to pewnie kupował do niej również najtańszy alkohol. Kto wie, może nawet ktoś się nim kiedyś zatruł i dlatego pan splajtował? Pewnie pan odświeżył ostatnio kontakty.
– Ale po co kupował całą skrzynkę? Nie wystarczyło tych kilka butelek? – zapytał Łoś.
– Nie, panie podkomisarzu. Pan Danielewicz wiedział tylko, że producent kupił skrzynkę wódki i że część butelek znajdzie się w domu pogrzebowym. Ale które i ile? Tego nie mógł wiedzieć. Nie mógł też ryzykować podmiany w ostatniej chwili, bo gdyby go ktoś zauważył przy narzędziu zbrodni, mógłby być podejrzany. Poza tym w miejscu nagrania cały czas są jakieś kamery, ktoś robi zdjęcia. Zbyt duże ryzyko, że wszystko niechcący się zarejestruje. Ale już zamiana całej skrzynki nie sprawiała problemu. Bo pozostały alkohol był poza podejrzeniem, dlatego że nikt się nim nie zatruł.
– A niby jak podmieniłem tę całą skrzynkę, panie detektywie?
– Zakładam, że przed restauracją dostał się pan do samochodu producenta. Jestem prawie pewny również, że sprawdził pan, czy nie jest w zasięgu jakiejś kamery.
– Więc jak mi to pan udowodni?
– Wystarczy przejrzeć nagrania ochrony z drogiego apartamentowca, w którym pan mieszka. To minus takich miejsc, nic nie ujdzie uwadze zainstalowanych tam kamer. Wódkę musiał pan kupić wcześniej i raczej nie woził pan jej w bagażniku. I na pewno się nagrało, jak najpierw niesie ją pan do swojego domu, a potem, w dniu zabójstwa, zabiera ją pan ze sobą. I jak znam życie i pana oszczędność, w pana domu jest wciąż ta skrzynka z prawdziwą wódką kupioną przez producenta.
Danielewicz spojrzał po wszystkich zebranych. Nie w każdym wzroku widział już wyrok skazujący, dlatego postanowił się uczepić ostatniej deski ratunku.
– Chyba nie wierzycie, że ja to zrobiłem? Nie pozwólcie im...
– Dla pana koleżanek i kolegów mam osobny dowód – przerwał mu Przypadek. – Postawił pan wszystkim tego wieczora dwie butelki bardzo drogiej wódki, choć powszechnie wiadomo, że jest pan sknerą i zawsze wszystkich naciąga. Pewnie niektórzy z pana kolegów do dziś są zdziwieni tą hojnością. – Każdy, kto w tej chwili spojrzał na twarze pozostałych zebranych, mógł stwierdzić, że Przypadek się nie myli. On zaś kontynuował:– Ale nie miał pan wyjścia, przecież nie chciał pan zostać seryjnym mordercą. Zresztą, tak naprawdę nie wiadomo, jaka dawka alkoholu metylowego jest groźna. Dlatego na nagraniach i zdjęciach z domu pogrzebowego pan podkomisarz zobaczy, jak pan Danielewicz jest cały czas obok Noskowskiego. Musiał pilnować, by nikt inny nie dał mu zwykłego alkoholu. A i tak nie mógł być pewien, czy Noskowski nawet po wypiciu litra umrze, czy tylko, na przykład, oślepnie. Dlatego, zanim ogłosił jego śmierć, tak nienaturalnie długo wsłuchiwał się w bicie jego serca. O czym pan podkomisarz mógł przekonać się na własnej skórze.
– Rzeczywiście – pokiwał głową Łoś. – Aresztuję pana.
– Nie ma pan prawa. Proszę mnie zostawić! Nazywam się Barnaba Kłyś i jestem wybitnym profesorem kardiochirurgiem. Usłyszałem szmery, postanowiłem ich posłuchać uważniej. – Podkomisarz Łoś założył podejrzanemu kajdanki i przywołał Smańkę. – Niech pan zostawi ręce, które leczą! Dzięki mnie żyją miliony osób w Polsce! Oni beze mnie umrą! Zaraz mnie i tak wypuścicie i będziecie błagać, bym wrócił do zawodu!
Zanim wyprowadzono Danielewicza podkomisarz Łoś podszedł do Jacka wciąż bawiącego się swoim melonikiem. Chrząknął zakłopotany i zapytał:
– To jak ja właściwie panu pomogłem?
– A wie pan, że sam się nad tym ciągle zastanawiam? – Przypadek zrobił zafrasowaną minę. – Ale ponieważ pan jest przekonany, że bez pana nie byłbym w stanie nic rozwiązać, to przez grzeczność nie zaprzeczam.