Tekst ODCINEK 7
był czytany 718 razy
ODCINEK 7
Podkomisarz Łoś nie miał prawa mieć dobrego humoru. Co więcej, gdyby dobry humor pojawił się gdzieś w pobliżu policjanta, musiałby mieć się na baczności, bo w tej chwili Łoś prawdopodobnie strzeliłby do niego z broni służbowej. I to bez ostrzeżenia. Dlatego aspirant Smańko siedział cicho jak mysz pod miotłą, przeglądając po raz kolejny akta śledztwa w sprawie zabójstwa wybitnego aktora Noskowskiego.
Niestety, zarówno on, jak i Łoś, nie byli w stanie znaleźć czegokolwiek, co pozwoliłoby odeprzeć wniosek obrońcy podejrzanego Kokoszki o wyjście za kaucją. Zresztą, sam podkomisarz zaczynał wątpić w winę producenta. Przecież wiele znanych, szanowanych osób publicznie zapewniło, że znają go dobrze i wiedzą, że Kokoszka tego nie zrobił. A wśród poręczycieli było kilku naprawdę znakomitych reżyserów i aktorów z autorytetem, któremu wprost trudno było się oprzeć i nie zmienić pod jego wpływem swojego zdania.
Zresztą, to nie był najgorszy problem policjanta. Podejrzanymi w tej sprawie byli sami znani ludzie, za których niewinność z pewnością poręczyłoby wielu innych znanych ludzi. I jeśli podkomisarz Łoś chciał ubiec Przypadka w odkryciu, kto jest zabójcą, nie miał wyjścia. Musiał znaleźć wśród nich winnego. A potem tylko liczyć na to, żeby nie spotkały go jakieś nieprzyjemności z powodu aresztowania ogólnie znanej i szanowanej osoby.
Z ponurych rozmyślań wyrwał podkomisarza dźwięk telefonu, który zaterkotał na biurku jego podwładnego.
– Smańko, słucham… Kto?… – Oczy aspiranta zrobiły się szerokie ze zdziwienia. – Aha… No dobrze, dajcie go tu – Smańko odłożył słuchawkę. – Panie komisarzu, przyszedł ten słynny Zawiałło do pana.
– No i co się tak dziwicie, Smańko? – burknął Łoś. – Przecież jest zamieszany w sprawę, którą prowadzimy.
– Ale go nie wzywaliśmy.
– Może sobie przypomniał jakąś ważną informację? Pan Zawiałło grywał w młodości przyzwoitych milicjantów z zasadami i dzięki temu mogło w nim przetrwać poczucie obywatelskiego obowiązku.
Smańko pokiwał głową, dając tym znać, że ta teoria do niego przemawia, i z napięciem zaczął wpatrywać się w drzwi. Te jednak wyjątkowo długo pozostawały zamknięte. Nawet zbyt długo, bo drogi między wejściem na komendę a ich pokojem nie sposób było pokonać w dłużej niż pięć minut. Tymczasem mijał już kwadrans, a Zawiałły wciąż nie było.
W końcu jednak usłyszeli ciche pukanie, a po chwili w środku pojawił się słynny aktor. Do wskazanego krzesła doszedł dostojnym, powolnym krokiem, który miał zapewnić mu utrzymanie niezbędnej równowagi. Zawiałło zdawał sobie bowiem sprawę, że ilość miętówki, jaką wlał przed chwilą w siebie w policyjnej toalecie, mogła poważnie zagrażać utrzymaniu moralnego pionu.
– Prosił pan, panie komisarzu, że jeśli coś sobie jeszcze przypomnę… – aktor usiadł na krześle i nonszalancko zarzucił nogę na nogę. – Proszę mi wierzyć, że przykro mi to mówić, ale mam pewne podejrzenia wobec mojej koleżanki, pani Serafińskiej. Otóż dowiedziałem się ostatnio, że mój nieżyjący kolega obiecał jej, że nie odejdzie z serialu, a jedynie zapadnie w śpiączkę. To ratowałoby rolę pani Serafińskiej. Niestety, okazało się to nieprawdą i wyszło na jaw, że w związku z tym wykorzystał moją koleżankę w sposób niegodziwy.
– Aha – Łoś nakręcił na wskazujący palec prawej ręki swój wąs, co jak zwykle świadczyło o jego dużym wysiłku intelektualnym. – To wszystko?
- Zauważyłem jeszcze, że panią Serafińską łączy coś z panem Danielewiczem i przyznam, że nie mam pewności, czy aby nie działali razem.
– A on po co miałby mordować denata? – Łoś spojrzał podejrzliwie na aktora.
– W zasadzie nie miał powodu… Ale mógł pomagać Serafińskiej. A jako mężczyzna może się lepiej znać na alkoholach i wiedzieć, gdzie kupić takie coś… Zwłaszcza że kiedyś miał restaurację.
– Ale można założyć, że tam nie podawał alkoholu metylowego gościom, prawda? – zapytał podchwytliwie podkomisarz.
– Tego to ja nie wiem… To znaczy… – zaczął się plątać Zawiałło. – On to zamknął, bo tam jakieś zatrucie było czy coś… to znaczy tak mówili, ja nie wiem… Mnie to tak przyszło do głowy.
– Aha – przytaknął podkomisarz. – A coś jeszcze panu przyszło do głowy?
– Raczej nie…
– To dziękuję za spełnienie obywatelskiego obowiązku.
Łoś wstał i podał Zawialle rękę na pożegnanie. Kiedy aktor wyszedł, policjant uśmiechnął się i ponownie mocno nakręcił wąsa na wskazujący palec prawej ręki.
– No tak, wszystko zaczyna robić się jasne – oświadczył.
– Czyli co, musimy się przyjrzeć tej Serafińskiej i Danielewiczowi?
– Wprost przeciwnie, Smańko. Wprost przeciwnie. Serafińska, zabijając Noskowskiego, tylko się mściła, a Danielewicz nie zyskiwał nic. A Zawiałło jeszcze oskarża go o kompetencję w dziedzinie alkoholu, podczas gdy od niego samego śmierdzi jak z gorzelni i na mojego nosa on też zna się na wódce całkiem dobrze. W dodatku obiło mi się o uszy, że ma zamiast nieboszczyka zagrać w tej superprodukcji Miecze spod Grunwaldu, czy jakoś tak. Jeśli tak jest, to mamy świetny motyw. I wiemy, dlaczego nagle zjawił się u nas. To wam nie daje do myślenia, Smańko? Powinniście się uczyć na własnych błędach.
– Naturalnie, panie komisarzu – przytaknął posłusznie Smańko. – Ale… Jakie konkretnie błędy pan komisarz ma na myśli?
– Już zapomnieliście sprawę tych obrazów Bamber? Przecież wtedy zadzwonił do nas ten Bączek i też chciał podobnie wrobić w kradzież Przypadka, odwracając uwagę od siebie. A wy mu wtedy uwierzyliście. Powtarzam, powinniście się uczyć na własnych błędach, Smańko!
Aspirant przytaknął, bo uznał, że przypominanie zwierzchnikowi, że to on uwierzył wtedy w wersję Bączka, nie miało najmniejszego sensu. Tylko by tą swoją zbyt dobrą pamięcią zdenerwował podkomisarza. A to nikomu do niczego by się nie przydało.
-Dziękuję, pani Hanke. Będziemy o pani zawsze pamiętać – profesor Barnaba Kłyś przytulił mocno postać gospodyni. Tak mocno, że gdyby kamera była postawiona pod innym kątem, zapewne zauważyłaby, że jedna z rąk powszechnie szanowanego kardiochirurga opadła wyjątkowo nisko na pośladek jego koleżanki, zamiast pozostać na jej plecach.
– Okay, dziękujemy, to był ostatni dubel – reżyser Kuliński zatarł zadowolony ręce.
– Ostatni – stwierdziła smutno Serafińska.
– No już, rozchmurz się, Dorotko.
– Łatwo ci mówić. Obawiam się, że w zawodzie czeka mnie dłuższe bezrobocie. Żadnych perspektyw. No chyba że wypali mi ta firma szkoleniowa. Bardzo na to liczę.
– Daj sobie z nią spokój. Jesteś świetną aktorką. Pobiegasz po kilku castingach i nie będzie tak źle.
– Już pobiegałam. Nic z tego. Mówią, że muszę odczekać ze dwa, trzy lata, aż przestanę się ludziom kojarzyć z panią Hanke. A jeszcze dowiedziałam się z pewnych źródeł, że ten sukinsyn – pokazała głową na Zawiałłę – właściwie już podpisał umowę na te Miecze Grunwaldu.
– Daj spokój, szkoda twojego zdrowia na denerwowanie się nim.
– Dobrze ci mówić. Jak Zawiałło zniknie z obsady, to za parę miesięcy będą musieli rozbudować twój wątek…
– Ale znajdzie się trochę miejsca i na twój. Mówię ci, rozmawiałem już ze scenarzystą i on uważa, że to świetny pomysł, żebyś teraz została moją gosposią. Tylko trzeba poczekać kilka miesięcy, bo na razie nie ma na to miejsca.
– Obiecanki cacanki – westchnęła smutno. – Kokoszka się nie zgodzi, jest na mnie wściekły za te wywiady, w których się skarżyłam na wyrzucenie mojej bohaterki.
– Ostrzegałem cię, żebyś tak nie jechała z nim po bandzie.
– Ale mam dość tego ciągłego podlizywania się różnym dupkom. Trochę już mnie zmęczyło aktorstwo. A dzięki temu szumowi w mediach mam już pierwszego klienta dla mojej firmy.
– Daj spokój, ty jesteś urodzoną aktorką. Masz to we krwi. Jak ja. Pamiętasz, też kiedyś próbowałem sprawdzić się w biznesie? Ale w końcu zrozumiałem, że to nie dla mnie. Ty też odpoczniesz najwyżej chwilę i wrócisz do zawodu.
– Wątpię. Może i mam to we krwi, ale brak mi już do tego serca.
– Przestań. Chodź, postawisz mi kawę, porozmawiamy.
– A ty znów sępisz? To ja tracę robotę, a ty zamiast zaprosić mnie…
– Portfela zapomniałem.
– Jak zwykle – fuknęła sarkastycznie Serafińska. – Nie mam czasu, muszę lecieć.
Gdy dwa tygodnie wcześniej odchodził Noskowski, jego koledzy się cieszyli. Ale co innego odejście dobrowolne, do innej produkcji, a co innego okrutna i bezlitosna marginalizacja bohatera i jego wątku. To prawie jak wyrok śmierci, od którego nie ma apelacji. I mogło to spotkać właściwie każdego z nich i w każdej chwili. Dlatego teraz wszyscy, solidarnie, ze spuszczonymi głowami, odprowadzili Serefińską do samochodu. A kiedy silnik zakasłał kilka razy i nie odpalił, pchali ją aż do skutku.
Kiedy znikała im z widoku, nie mogli już widzieć, jak szeroko się uśmiechnęła. Była szczęśliwa. Od lat musiała grać gosposię statecznego profesora, która była grubsza i starsza niż ona sama. To znaczy, być może teoretycznie pani Hanke była jej rówieśnicą, ale w praktyce Serafińska czuła się mentalnie dużo młodsza od swojej bohaterki. Dlatego teraz będzie mogła pokazać swą prawdziwą twarz nastolatki. Solidnie się odchudzi i zafunduje sobie kilka odmładzających zabiegów, żeby ostatecznie rozstać się z rolą pani Hanke. Ostatnią rolą w jej aktorskim życiu.
Tak naprawdę od dawna chciała rzucić w cholerę ten fach. Ale bała się, że w żadnym innym sobie nie poradzi. Przy zawodzie trzymała ją grana od wielu lat postać gosposi. Chętnie by ją wymieniła na coś zupełnie innego. Ale powoli do niej docierało, że nie jest Heleną Modrzejewską i nic tak naprawdę wybitnego nie zagra. Czy więc jest sens męczyć się w jakichś banalnych i nieciekawych rolach? Może lepiej założyć swoją własną firmę? Na przykład właśnie szkoleniową, tak jak kilku innych kolegów.
Bała się tej radykalnej zmiany, choć marzyła o niej od dawna. I wreszcie nadarzyła się okazja. Może mieć własną firmę i nie martwić się o to, czy jej się powiedzie. Bo teraz już miała odpowiednie zabezpieczenie finansowe. I właściwie, jeśli tylko będzie oszczędnie używać fortuny, która niedawno znalazła się na jej koncie, to może już więcej nie pracować.
Ale musi jeszcze chwilkę odczekać. Na razie wszyscy się dali nabrać, że odejście z serialu będzie dla niej tragedią, która skłoni ją do zmiany branży. Zdążyła już udzielić odpowiedniej liczby wywiadów dla kolorowych gazet, w których opłakiwała swoją sytuację. Zagrała wiele razy na planie i poza nim, jak bardzo ją stresuje koniec jej wątku.
Lecz teraz obnoszenie się z tym majątkiem nie będzie dobre. Ktoś mógłby zacząć się zastanawiać, jak do niego doszła, skoro przed chwilą skarżyła się na swoją biedę? Tak, jeszcze nie będzie za dużo wydawać. No, może tylko wymieni tego cholernego grata, który znów nie chciał zapalić, na coś nowego. Na przykład na jakieś ładne, eleganckie porsche, które już dawno chciała sobie sprawić.
Ale z innymi wydatkami jeszcze chwilę odczeka. Niech zakończy się to śledztwo w sprawie zabójstwa tego drania Noskowskiego. Wprawdzie chwilowo skutecznie odsunęła od siebie podejrzenia, kierując je przy każdej nadarzającej się okazji na Zawiałłę, ale nie wiadomo, czy jednak jej wróg nie znajdzie jakiegoś niepodważalnego alibi i policja będzie musiała szukać dalej. I może zainteresować się jej nagłym wzbogaceniem.
Dlatego na razie trzeba działać ze spokojem. Firmę szkoleniową już zarejestrowała, teraz powoli musi rozpowszechniać plotki o kolejnych zleceniach, które do niej napływają. Dzięki temu nikogo ze znajomych nie będzie dziwić, że powoli staje się coraz majętniejszą osobą. A kiedy ostatecznie i oficjalnie stanie się bogata, będzie mogła spokojnie skorzystać z tego, co, wbrew własnej woli, zostawił jej po śmierci ten łajdak Noskowski!