Tekst ODCINEK 3
był czytany 762 razy
ODCINEK 3
Kokoszka odłożył komórkę i uważniej przyjrzał się Przypadkowi. Pani Bamber wprawdzie mówiła mu, że ten detektyw jest świetny, ale nie wspominała, że jest jasnowidzem.
– Skąd pan wie, że zaraz ktoś tu wpadnie i nie pozwoli dokończyć nam rozmowy?
– Bo ludzie są banalnie przewidywalni, panie Kokoszka. To jak to było dalej?
– Jak już wszyscy się z nim napili i dograliśmy te sceny z domu pogrzebowego, Noskowski gorzej się poczuł. Powiedział, że nie wstanie z trumny, tylko kazał się w niej zanieść z zaplecza na salę restauracyjną na stypę i postawić tak, żeby widzieć nagrywanie tej sceny.
– Jak długo trwało to nagrywanie?
– Jakieś dwie godziny. Potem zaczęliśmy imprezę. Noskowskiego nikt nie próbował cucić, bo wszyscy wiedzą, że on po wódzie ma taki sen, że nie idzie go obudzić. No a jakoś po godzinie Rysiek Danielewicz wygłosił toast. On nigdy nie przepuści żadnej okazji, żeby coś dobrze zagrać. To kabotyn jest do kwadratu. Co to ja mówiłem, proszę pana? Aha, no i po toaście Danielewicz rzucił mu się na pierś i stwierdził, że Noskowskiemu serce nie bije.
- Inni też mieli jakieś sensacje związane z wypiciem tego zatrutego alkoholu?
– Trudno orzec. Wszyscy tak popili, że nie wiadomo, czy ktoś się porzygał przez ten zatruty alkohol, który pił z Noskowskim, czy po prostu normalnie.
– Tak. To na razie chyba wszystko – Jacek podniósł się z fotela. – Nie wiem, czy pani Irmina wspomniała panu o wysokości mojego honorarium.
– No właśnie, mówiła coś o jakichś stu tysiącach. Ale to chyba jest jakiś żart ponury, proszę pana. Ja za sto tysięcy to potrafię wyprodukować odcinek serialu. – Kokoszka w ułamku sekundy sprawdził pocztę, rzucił okiem na jakąś fakturę i wystukał na aparacie numer do księgowej. – To znaczy, tak między nami, bo w kosztorysie mam dwieście. Co to ja mówiłem, proszę pana? Aha, i jak miałbym czas, to sam znalazłbym tego łobuza, bo ja mam bardzo wysoki iloraz inteligencji.
– Zatem życzę powodzenia – Jacek podał mu rękę na pożegnanie. – Miło się z panem rozmawiało.
– Momencik, przecież ja nie mówię, że chcę go łapać. Nie mam na to czasu, ja tu wszystko za wszystkich muszę robić. A już najwięcej za scenarzystów, kompletnie nie potrafią nic napisać.
– To niech pan poszuka lepszych.
– Wie pan, nie bardzo mogę. Jeden jest synem znanego reżysera i w zasadzie nic innego nie potrafi. To znaczy pisać scenariuszy też nie potrafi, ale z czegoś musi żyć. A nasza scenarzystka to z kolei nieoficjalna narzeczona jednego dyrektora z telewizji. A jeszcze inny to… – zawahał się przez moment. – Nawet nie mogę panu powiedzieć, kto to, bo formalnie rachunki na kogo innego wystawiam, żeby nie było, że kogoś korumpuję.
– To może dla odmiany zatrudniłby pan kogoś, kto potrafi pisać? Dzisiaj był u pana mój znajomy, pan Fredro…
– Ja wiem, on nawet nie jest taki zły. Chociaż oczywiście takich śmiesznych tekstów jak ja nie umie napisać. No, tylko że on się naraził paru osobom. Także bez szans. A jeśli chodzi o honorarium, to jakby było trochę taniej…
– Taniej to panu zrobi policja, bo ma obowiązek, a ja nie. Więc jak pan chce, żebym to ja odnalazł tego mordercę, to musi pan zapłacić sto tysięcy plus koszty.
– Jakie koszty?!
– Tego jeszcze nie wiem. Ale mogę obiecać, że nie przekroczą połowy mojego honorarium.
– Pan sobie kpi?! Skąd ja wezmę tyle pieniędzy?!
– Z tego siódmego domu w Toskanii, który chce pan kupić. Aha, i zatrudni pan jeszcze pana Fredrę. To akurat poprawi pana finanse, bo pewnie jest tańszy od tych pana orłów, a przy okazji podniesie panu oglądalność. I będzie pan mógł negocjować wyższy budżet – Jacek wyciągnął z kieszeni marynarki gustownie wyglądający bilet wizytowy.
– O nie, proszę pana, nie pozwolę się tak szantażować… Co to za wizytówka?
– To są namiary na świetnego adwokata, przyda się panu, gdy pana policja aresztuje. Uprzedzam, że będzie pana przesłuchiwał absolutnie bezwzględny typ.On nie zna litości dla przestępców, szczególnie tych uprawiających prywatną inicjatywę. Dlatego gdyby pan zmienił zdanie, to jestem z tym adwokatem w stałym kontakcie.
– Co pan opowiada? Dlaczego mnie mają aresztować? O co tu chodzi…
Kokoszka nie zdążył już dokończyć swojego pytania. Drzwi jego gabinetu wyleciały z futryn, a do środka wpadło kilku osobników ze szczelnie zakrytymi twarzami i z bronią wycelowaną w producenta i jego gościa. Rozbawiony Jacek podniósł ręce do góry. Za to Kokoszka nie był w stanie wykonać żadnego gestu ani ruchu.Kiedy kurz już opadł, do pokoju wkroczył szeryf. Uśmiechnął się i zmierzył tryumfującym spojrzeniem Przypadka.
– Pan Henryk Kokoszka? – zapytał szeryf.
– Tttak – potwierdził, drżąc jak osika, producent. – Ale o co chodzi?
– Łoś. Podkomisarz Łoś – przedstawił się szeryf. – Jest pan aresztowany w związku z podejrzeniem o zamordowanie Stanisława Noskowskiego.
Byli tacy, którzy uważali, że podkomisarz Łoś jest smutny jak kwit na węgiel i poważny jak grzybica układowa. Z pewnością była to teza nieco przesadzona. Ale faktem jest, że uśmiech rzadko gościł na ustach policjanta, a on sam nie słynął z opowiadania dowcipów.
Niektórzy podejrzewali, że dzieje się tak dlatego, iż dzielny policjant ma wrodzony brak poczucia humoru. Inni sądzili, że kiedyś to poczucie humoru, w formie szczątkowej wprawdzie, ale jednak występowało. Dopiero permanentny brak sukcesów zawodowych amputował je doszczętnie z charakteru podkomisarza.
To jednak nie mogła być prawda, bo sam Łoś uważał, że jego kariera jest pasmem sukcesów. Jego powaga zaś to tylko efekt odpowiedzialnego podejścia do rzeczywistości, która nie daje powodów do radości. Bo i z czego tu się cieszyć, kiedy nawet własna żona zajmuje się właściwie wyłącznie krytykowaniem najlepszego męża na świecie?
Jednak akurat dziś podkomisarzowi humor dopisywał w sposób wyjątkowy. W końcu udało mu się pokrzyżować plany tego niby-detektywa! Tego amatora, który psuł jego policyjną robotę, a na dodatek przypisywano mu jego, Łosia, sukcesy! Wprawdzie nieoficjalnie on sam przyznawał się przed podkomisarzem, że ten mu bardzo pomaga, lecz nie chciał powiedzieć, w jaki sposób policjant to robi. Dlatego w opinii publicznej, ogłupianej przez bezczelnych dziennikarzy, to Przypadek chodził w glorii genialnego detektywa, zamiast usunąć się w cień, przyznawszy się wcześniej wszem i wobec, że bez podkomisarza jest nikim!
Ale teraz to się skończy. Teraz Łoś nie pozwoli mu odnieść kolejnego niezasłużonego sukcesu. I dzięki temu będzie mógł liczyć na słowa uznania swojego przełożonego, inspektora Zasady. Jemu też nie podobała się działalność Przypadka mającego tendencje do lekceważenia ogólnie uznanych autorytetów. Z tego powodu oddelegował Łosia do nadzorowania kolejnych śledztw detektywa, dając mu w tej sprawie wolną rękę. W tej chwili zaś wezwał podkomisarza do swojego gabinetu, pewnie po to, żeby pogratulować mu aresztowania producenta. A może nawet będą mówić o awansie na komisarza, który już od dawna mu się należał? I który wydawał się być niedawno w zasięgu ręki Łosia i gdyby nie ci pismacy, którzy w niewłaściwym świetle opisali rozwiązanie jednej ze spraw, już mógłby się cieszyć z dodatkowej gwiazdki.
„Ale co się odwlecze, to nie uciecze” – pomyślał zadowolony z siebie podkomisarz i pewnie przekroczył próg pokoju inspektora Zasady.
– A to wy, Łoś – kwaśna mina przełożonego nie wróżyła nic dobrego. Podkomisarz wytłumaczył ją jednak sobie wrzodami, które od dawna trapiły inspektora. – No, słyszałem, żeście się nieźle sprawili.
– Tak jest, panie inspektorze.
– Tylko jakbyście mogli mi wytłumaczyć, dlaczego aresztowaliście szanowanego producenta? Ja wiem, on jest podejrzany, ale z tego, co się orientuję, na razie mamy jedynie poszlaki i ani grama dowodów.
– Za to dzięki temu aresztowaniu Przypadek nie będzie miał nic – oświadczył tryumfalnie podkomisarz
- Możecie mi to dokładniej wyjaśnić, Łoś? Bo jakoś nie nadążam za wami.
– To na pewno dlatego, że nie zna pan szczegółów sprawy – podkomisarz uśmiechnął się przymilnie. – Pan Kokoszka zdecydował się wynająć tego detektywa, zdając sobie sprawę z tego, że jest głównym podejrzanym. Z dobrze zaś poinformowanych źródeł dowiedziałem się, że Przypadek jest bliski rozwiązania tej sprawy.
– W jaki sposób? Przecież z tego, co wiem, jeszcze nie zabrał się za jej rozwiązywanie.
– Przyznam, że też nie wiem, ale podobno miała mu wystarczyć rozmowa z tym Kokoszką, a następnie konfrontacja podejrzanego z pozostałymi osobami zamieszanymi w tę sprawę. Rozmowie nie udało mi się zapobiec. Sam pan wie, ile trwa załatwianie prokuratorskiego nakazu. Ale już na konfrontację podejrzanego z innymi nie ma szans. Dzięki temu my możemy prowadzić nasze dochodzenia bez obawy, że ten Przypadek będzie nam się wtrącał i może oskarżyć jakąś niewłaściwą osobę.
– No toście się spisali, Łoś – inspektor Zasada wykrzywił usta w taki sposób, że jakieś niewprawne oko mogło to uznać za oznakę zadowolenia. – Rzeczywiście utrudniliście mu śledztwo…
– Bardzo się starałem, panie inspektorze.
– To był sarkazm, Łoś! W tej chwili adwokat Kokoszki ma pełny dostęp do dowodów, a właściwie tych poszlak, na podstawie których go oskarżamy. A wiecie, kto jest jego adwokatem?!