Tekst ODCINEK 5
był czytany 740 razy
ODCINEK 5
Zawiałło spojrzał ze złością na tekst scenariusza. Znów mu to zrobili. Znów nie posłuchali jego prośby! Pięć, a nawet sześć, linijek w każdej kwestii! A przecież on ma już ponad sześćdziesiąt lat. W tym wieku ciężko jest zapamiętać tak długie kwestie! Czy oni tego nie rozumieją?! Powinni bazować na jego ogromnym doświadczeniu aktorskim, jego wspaniałej twarzy przeoranej bruzdami tegoż doświadczenia. Przecież można by wyrzucić większość tego tekstu, a on by to zagrał wiele znaczącą miną!
W dodatku te dialogi takie drewniane, kostropate. W usta to ledwie wchodzi, a wyjść to już nie bardzo ma jak! A później te w pośpiechu źle napisane dialogitrzeba błyskawicznie nagrywać. Przecież z tego nie może wyjść nic dobrego! Jak potem widział siebie na ekranie telewizora, to ledwie mógł na to patrzeć. I zupełnie nie rozumiał, jak ktokolwiek to może oglądać. Ludziom to chyba się już czasem nie chce nawet sięgnąć po pilota, żeby zmienić kanał na jakiś przyzwoity zagraniczny film.
Westchnął ciężko, wziął kartkę ze scenariuszem i zaczął się go uczyć.
– Niech pani będzie dobrej myśli. My, lekarze, staramy się o to zawsze. Dobra myśl nas zawsze pociesza. Dlatego zrobię wszystko, co w mojej mocy… – Zawiałło wzniósł błagalnie oczy do góry. – Jezus Maria, a co robienie wszystkiego co w mocy ma wspólnego z dobrą myślą?! A co ona mi odpowiada? – przekręcił kartkę i spojrzał na kwestię partnerki. – Będę dobrze myślała o pana mocy… Litości! To się wcale nie łączy! – wściekły rzucił scenariusz na podłogę bez najmniejszej ochoty przydepnięcia go w celu zapobieżenia złemu omenowi, co było przecież starym aktorskim zwyczajem. – Niech diabli wezmą tę całą telenowelę! – zagrzmiał.
Jak on tu mógł tyle wytrzymać?! Ale na szczęście nadchodzą Miecze Grunwaldu. Już do niego dzwonili z produkcji, żeby sprawdzić, czy nadal jest zainteresowany rolą bezlitosnego polskiego rycerza, Czcibora. Czekał na ten telefon. Od samego początku uważał, że powinien dostać tę rolę, a ten Noskowski na nią nie zasłużył.
Jednak gdy teraz zadzwonili z produkcji Mieczy Grunwaldu, nie zgodził się od razu. Poprosił o przysłanie wstępnej kalendarzówki, żeby porównać ją ze swoim terminarzem. Potem, gdy zatelefonowali ponownie, powiedział, że niestety ciężko mu będzie znaleźć czas. No, ale dla dobra „tej wspaniałej polsko-niemieckiej koprodukcji” mógłby spróbować coś sobie poprzestawiać.
Musiał odegrać tę komedię, żeby nie próbowali negocjować jego honorarium. Choć tak naprawdę nie mógł się doczekać dogrania ostatnich szczegółów i chwili, gdy padnie pierwszy klaps na planie Mieczy Grunwaldu. Już od dawna czekał na rolę jakiegoś szwarccharakteru, która pomoże mu wykazać się pełnią aktorskiego kunsztu. Tam samą mimiką pokaże zepsucie średniowiecznego rębajły.
I pomyśleć, że gdyby nie śmierć kolegi, to zostałby nieszczęśliwie pozbawiony tej szansy. Jest jednak sprawiedliwość na tym świecie, chociaż czasem trzeba jej pomóc. A on od początku aż do końca robił wszystko, żeby nie zostawić sprawiedliwości samej ze ślepym losem. I wytrwale dążył do tego, aby osiągnąć sukces. I teraz wydawał się już być tego bardzo bliski. Zbyt dobrze jednak znał realia branży i wiedział, że z odtrąbieniem ostatecznego sukcesu musi jeszcze zaczekać.
Ale kiedy już wszystko będzie na bank zaklepane i podpisane, to wtedy im tu wszystkim pokaże. Weźmie wtedy do ręki scenariusz, taki sam jak ten, który leży pod jego nogami. Weźmie i rzuci go prosto w twarz temu Kokoszce. Ale teraz musi go pozbierać, bo idzie reżyser.
– Co to się stało, mistrzu? – zapytał Kuliński, widząc Zawiałłę zbierającego kartki z podłogi.
– Zamyśliłem się i tak mi wypadł jakoś z ręki. Oczywiście przydepnąłem, więc nie ma obawy, żeby coś się zapeszyło – uśmiechnął się, prostując.
– Ale świetny ten scenariusz, prawda? – Kuliński pokazał gestem głowy na trzymany już przez Zawiałłę w ręce tekst.
– Absolutnie doskonały. Ludzie się popłaczą przed telewizorami jak nic.
– To jest zadanie naszego serialu. Wzruszać, wzruszać i jeszcze raz wzruszać. No i mam znakomite pomysły na inscenizację.
– Już się nie mogę doczekać, kiedy będziemy to kręcić.
– Za pół godzinki zaczynamy. Ja jeszcze pójdę coś przekąsić – Kuliński odwrócił się. Zanim jednak ruszył w stronę busbaru, gdzie wydawano posiłki dla osób pracujących na planie, zdążył pomyśleć:„Boże, co za matoł. Zero pojęcia o tym, co to jest dobry tekst. Dostałby jeszcze gorsze gówno i by piał z zachwytu, żeby mu tylko za dzień zdjęciowy zapłacili. Czasem to mam ich wszystkich ochotę zamordować! Zrobiłbym to, jak mi Bóg miły, gdyby pozwolili mi potem wychodzić z więzienia na przepustki i nakręcić o tym jakiś horror albo kryminał!”
Zawiałło również nie pozostawał w myślach dłużny Kulińskiemu, wyklinając go od beztalenci. Nie silił się przy tym na finezję i do obrażania reżysera używał słów powszechnie uznawanych za wulgarne, z których do zacytowania nadawały się jedynie spójniki. A ponieważ autor nie przepada za wulgaryzmami w literaturze i stara się ich używać jedynie na zasadzie wyjątku, przejdzie od razu do ciągu dalszego tego, co rozbrzmiewało w myślach wybitnego aktora.
„Boże, żeby tylko te Miecze Grunwaldu jak najszybciej wypaliły! Może po nich dostanę parę zagranicznych propozycji? Przecież dawniej sporo grywałem w czechosłowackich filmach. Chociaż może to i lepiej, żeby produkcja nie zaczęła się zbyt szybko? Teraz ktoś jeszcze mógłby za bardzo skojarzyć tę sprawę ze śmiercią Noskowskiego. Wystarczy już, że ta larwa Serafińska szczeka na prawo i lewo, że to ja go zabiłem. Mógłby tę babę szlag trafić, żeby dołączyła do swojego ukochanego doktora Stasia! Chociaż nie, wtedy już wszyscy by na pewno uważali, że to ja maczałem w tym palce. Zaczęłyby się kolejne pytania i policja mogłaby się dowiedzieć paru niepotrzebnych rzeczy, których im nie powiedziałem…”
Młody Bóg Seksu z rękoma zarzuconymi za głowę uważnie lustrował wnętrze swojego chwilowego mieszkania. Czuł, że żal mu je będzie niedługo opuszczać. Ale cóż, taką miał umowę z Jackiem. Będzie tu mieszkał przez dwa miesiące, w trakcie których za dnia będzie robiony remont. Za to wieczory i noce należały do niego. I świetnie je wykorzystywał przy pomocy redaktor Anny Sobani. Dlatego, choć miejsce to trudno wciąż uznać za gustowne, było mu bardzo bliskie. Każdy kąt tego mieszkania kojarzył mu się z tak mile spędzonymi chwilami.
– To wszystko, co ci dali? – zapytał Jacek, przeglądając dokumenty przyniesione przez Błażeja.
– Wszystko – pokiwał twierdząco głową mecenas Sakowicz. – Coś ci to rozjaśniło w tej sprawie?
– Teraz już jestem pewien, że to nie Kokoszka. Nie był w stanie pilnować pijącego Noskowskiego.
– Przecież sam przyznał, że cały czas siedział koło niego.
- Tak mu się tylko wydawało. Ten facet cierpi na ADHD. Dosłownie nie jest w stanie wytrzymać nawet sekundy w jednym miejscu. Do tego uważa, że musi być zawsze wszędzie, bo bez niego ta cała produkcja się zawali. Zresztą, wystarczy zobaczyć zeznania pozostałych osób. Właściwie każdy z nich mówi o tym, że rozmawiał w tym czasie z Kokoszką. Gdyby zliczyć to wszystko, to pan producent miał szansę spędzić przy denacie najwyżej pięć minut. A to za mało, żeby przypilnować Noskowskiego.
– A musiał go aż tak pilnować? Wystarczy, że postawił przy nim te trzy butelki wódki i… tyle.
– Nie, to za mało. Zawsze ktoś mógł przyjść z jakimś innym alkoholem. A zwykły alkohol etylowy działa jak odtrutka na ten metylowy. Zatrudnia enzym odpowiedzialny za przeróbkę i w ten sposób pozwala zwyczajnie wysikać metanol. Dlatego nawet jeden kieliszek dobrej wódki mógłby zniweczyć cały plan. Zresztą, nawet wlanie w Noskowskiego litra metanolu nie dawało gwarancji jego śmierci. Dodatkowo zdobycie takiej ilości tego typu alkoholu to też niełatwa sprawa.
– No co ty? Przecież tyle się słyszy o menelach, którzy się zatruli metanolem.
– Ale tego nie chcieli. Bo jakby chcieli, mieliby problem, żeby go kupić, zwłaszcza w większej ilości. Nie ma go na półkach w sklepach. Zwykle tylko chemicy i farmaceuci mają do niego dostęp. W sumie najprościej go wyprodukować samemu.
– Jak?
– Zawsze kilka pierwszych kieliszków z baniaczka samogonu to czysty metyl. Jest cięższy od etylu, dlatego skapuje z rurki na początku.
– Już prawie zapomniałem, że byłeś prymusem z chemii. Zresztą, jak ze wszystkiego.
– Nie ze wszystkiego – Jacek odłożył na bok materiały ze śledztwa. – Nasz wuefista uważał przecież, że właściwie jestem niepełnosprawny…
– Za to inni sądzili, że jak nie będziesz adwokatem, to zostaniesz profesorem.
– Sam widzisz, co warte są ludzkie przewidywania – uśmiechnął się rozbawiony Jacek. – Miałem być kimś, a tymczasem zostałem absolutnie nikim. A według mojego taty gorzej niż nikim, bo przez swoje nowe, dziwne hobby odstraszam klientów od jego kancelarii.
– Mój z kolei uważa, że skoro on nie miał powodzenia u kobiet, to na mnie również spadła ta klątwa – prychnął pogardliwie Błażej. – I nie chce wierzyć, że zamykam się tu przed nim z jakąś kobietą.
– A właśnie. Dzwoniła do mnie klientka, czy już skończyłem remont tego mieszkania. Obawiam się, że za jakieś trzy, cztery tygodnie będziesz się musiał stąd wyprowadzić.
– Wiem, taka była umowa. Ale mam nadzieję, że na początek przygarnie mnie Ania – uśmiechnął się chełpliwie Młody Bóg Seksu, dając tym samym do zrozumienia, że on nie tyle ma nadzieję, ale że jest tego pewien.
– Wiesz, Błażej… – Jacek szukał odpowiednich słów – myślę, że jednak powinieneś sobie zawczasu poszukać czegoś na stałe do samodzielnego zamieszkania.
– Stary, gdybyś słyszał, co się działo w tych czterech ścianach – prychnął Sakowicz junior.
– Ja nie wątpię, że dokonywałeś cudów, ale Ania na razie jeszcze nie jest kobietą tolerującą dwie szczoteczki do zębów w swojej łazience. Powinieneś dać jej trochę czasu, żeby mocniej przywykła do pewnych spraw.
Młody Bóg Seksu przekonany o błędnym osądzie przyjaciela chciał dodać jeszcze jakiś dwuznaczny bon mot, ale przeszkodził mu w tym dźwięk dzwonka. Odzywał się on w sposób natarczywy, władczy, nieznoszący sprzeciwu. Tak jakby poganiał znajdujących się wewnątrz mieszkania do otwarcia drzwi.
– Miała dziś przyjść? – zapytał Jacek.
– Nie. Ale widać stwierdziła, że tej nocy nie wytrzyma bez małego co nieco. – Młody Bóg Seksu wstał. – Nie chciałbym cię, broń Boże, wyganiać, bo to w końcu twoje mieszkanie.
– Jasne, już się zbieram – Jacek podniósł się z kanapy, zabierając ze sobą materiały. – Te nagrania z planu i fotosy oddam ci jutro.
– Dobra. Mogę coś jeszcze dla ciebie zrobić w tej sprawie? – zapytał Błażej, kiedy ruszyli do wyjścia.
– Na razie zależy mi tylko na tym, żebyś czasem podrzucił Kokoszce jakiś rachunek ode mnie. Mam przeczucie, że ta sprawa pociągnie za sobą dużo kosztów.
– Tak? Jakich?
– Na początek wynająłem pokój w hotelu i agencję ochrony. W końcu to sprawa o morderstwo.
Po chwili obaj znaleźli się już przy drzwiach. Sakowicz junior nawet nie spojrzał, kto jest po ich drugiej stronie. Otworzył je, zakładając na twarz najbardziej erotyczny z galerii zabójczych uśmiechów Młodego Boga Seksu. Nie na długo zresztą, bo gdy ujrzał, kto stoi na korytarzu, jego mina uległa diametralnej zmianie.
– Ta… ta? – wydukał. – Co tata tu robi?
– Jak to co? Przecież zachęcałeś mnie sam, żebym cię odwiedził i zobaczył, z kim spędzasz wieczory i noce. Ale ponieważ widzę tu twojego przyjaciela, to chyba raczej nie mam szans na to, byś przedstawił mnie tej młodej damie, która tu rzekomo u ciebie bywa.
– Bo dziś jej akurat nie ma…
– Nie kompromituj siebie i mnie – Sakowicz senior miał zamiar odejść, ale odwrócił się z powrotem w stronę syna. – I lepiej wracaj do domu, zamiast mamić się mrzonkami o swojej rzekomej atrakcyjności.