Tekst ODCINEK 1
był czytany 3730 razy
ODCINEK 1
Antykwariat należący do Antoniego Gelberga był miejscem cichym i spokojnym. Nie znajdował się przy głównych szlakach handlowych, nie przewijały się przez niego tłumy. Ale ci, którzy znali jego gospodarza lepiej, wiedzieli, że często dysponował on wyjątkowo atrakcyjnym towarem. Ci, którzy znali pana Antoniego naprawdę dobrze, woleli nie pytać, skąd ten towar pochodzi.
Tę samą zasadę wyznawała rudowłosa Helena, studentka Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, dorabiająca w antykwariacie do skromnego stypendium. Dlatego kiedy dzwonił telefon na biurku jej szefa, zakładała na uszy słuchawki i puszczała głośno muzykę ze swojego iPoda. Wprawdzie większość rozmów prowadzonych przez pana Antoniego dotyczyła spraw absolutnie zgodnych z prawem, jednak niektórymi z pewnością chętnie zajęłyby się organy ścigania. I z tego powodu rudowłosa pracownica antykwariatu wolała słyszeć jak najmniej.
Tym razem terkot telefonu dopadł Helenę, gdy w jednej z gablot poprawiała ustawienie kilku waz z bardzo szacownej epoki. Szybko nałożyła na uszy swoją dźwiękochłonną barierę i błyskawicznie zaczęła przeszukiwać pamięć iPoda w poszukiwaniu odpowiedniego repertuaru. Gelberg, siedzący w kąciku antykwariatu przy swoim biurku, z uśmiechem obserwował tę czynność. Z odebraniem telefonu jednak poczekał jak zwykle do chwili, gdy ze słuchawek popłynęły pierwsze takty wyjątkowo głośnej muzyki.
– Gelberg, słucham… Pan Klempuch… – twarz antykwariusza stężała. – Tak, oczywiście, pamiętam… Naprawdę bardzo staram się namówić tę Bamber na sprzedaż obrazów, ale to nie jest łatwe… Rozmawiałem o tym z jej wnukiem, Wojtkiem… Wiem, że mija mój termin… Dobrze, jakoś to załatwię.
Odłożył słuchawkę. Rudowłosa Helena zerknęła w jego stronę, ale widząc minę szefa, uznała, że na razie lepiej nie zdejmować słuchawek z uszu. Gelberg tymczasem odsunął szufladę w swoim biurku. Sięgnął głęboko ręką po coś, co nie znajdowało się w samej szufladzie, ale było schowane w skrytce pod blatem. Po chwili namacał chłodną stal metalowej obręczy, na którą nanizane było mnóstwo pręcików różnej grubości. Pręciki były powykrzywiane w najróżniejsze kształty, dzięki czemu trudno było znaleźć zamek, który byłby w stanie się im oprzeć. Antykwariusz przez chwilę dotykał ich, jakby chcąc po omacku znaleźć ten właściwy. Nie wybrał jednak żadnego, tylko zamknął szufladę.
„Cholerna przeszłość – pomyślał. – Znów trzeba to będzie zrobić”.
Stara kamienica na Starym Mokotowie mieszcząca się pod adresem Konecka 40 niejedno widziała w swojej historii. Trwała tu już bądź co bądź osiemdziesiąt lat i wiele mogła opowiedzieć o swoich lokatorach. Na szczęście zwykle zachowywała daleko posuniętą dyskrecję, dlatego wiele tajemnic pozostawało na zawsze w jej ścianach. Ta dyskrecja różniła ją szczególnie od świeżo wybudowanego sąsiada z naprzeciwka, nowoczesnego apartamentowca. Naszpikowany elektroniką, kamerami i wszelkiego rodzaju innymi rejestratorami rzeczywistości i złudzeń sprawiał, że przeciętnie uzdolniony haker mógł czytać w życiorysie jego mieszkańców jak w otwartej księdze.
Dlatego Jacek Przypadek cieszył się, że mieszka w starej kamienicy, której nie tylko grube mury, ale i zżyta społeczność skutecznie chroniły przed natrętami z zewnątrz. Również dzięki tej dyskrecji miejsce to wydawało się oazą spokoju pośród rozpędzonego miasta nastawionego pod każdym względem na sukces i szybki rozwój. Mieszkańcy kamienicy nie spieszyli się tak bardzo i mieli dla siebie całkiem sporo czasu. A, co ciekawe, spokój ich wzrastał z każdym piętrem. Tak jakby odległość od wyjścia na gwarną ulicę dodatkowo wyciszała ludzkie wnętrza.
O każdym z mieszkańców kamienicy można byłoby powiedzieć coś ciekawego i nie można wykluczyć, że kiedyś autor to uczyni. Na razie jednak najbardziej dla nas interesujący będą lokatorzy z ostatniego, czwartego piętra, zamieszkujący lokale o numerach 12, 13, 14. Pod dwunastką mieszkał właśnie Jacek, kawaler lat blisko trzydziestu, wykształcenie wyższe, choć mocno niepełne. Znany był wśród sąsiadów z zamiłowania do chiromancji oraz mocnego postanowienia wystartowania w maratonie. Przygotowywał się do tego już z górą sześć lat, zawzięcie szlifując formę biegową na pobliskim Polu Mokotowskim. Nigdy jednak nie udało mu się osiągnąć odpowiedniej dyspozycji, dlatego wciąż był długodystansowcem teoretykiem.
Pod czternastką mieszkała pani Irmina Bamber, wdowa lat… tego autor, jako dżentelmen, wyjawić nie może. Żeby ułatwić jednak czytelnikom określenie jej wieku, powiedzmy, że jej wnuczek był trochę młodszy od Jacka, i na tym zakończmy te dywagacje. Studiowała psychologię, zdobyła nawet tytuł magistra, ale nigdy nie praktykowała w zawodzie. Za to umiejętności, które nabyła na uniwersytecie, skrzętnie wykorzystywała do sprawnego podtrzymywania kontaktów towarzyskich z wieloma osobami w mieście. Szczerze mówiąc, trudno było znaleźć kogoś naprawdę ważnego w Warszawie, kto nie znałby pani Irminy.
Najmniej można by powiedzieć o lokatorze spod trzynastki, bo…
Ale o tym później, żeby za bardzo nie uprzedzać faktów.