Tekst ODCINEK 7
był czytany 856 razy
ODCINEK 7
Anna Sobania, dziennikarka pracująca w redakcji gazety „Nowe Życie”, bardzo lubiła swoje życie i swój zawód. Wykonywała go z niekłamaną pasją i była przeświadczona o jego niezbędności i wadze dla współczesnego świata. Tak jak jej wielu kolegów uważała, że są nawet nie tyle czwartą władzą w demokracji, ale pierwszą i absolutnie najważniejszą. Trudno się było dziwić ich przekonaniu. Przecież jako jedyni nie podlegali demokratycznej kontroli! Wyborcy z dnia nadzień nie mogli zdecydować, że panowie redaktorzy już nie będą u władzy. To dawało im poczucie stabilności, które zawsze świetnie wpływa na humor rządzących.
Redaktor Sobania rzeczywiście czuła, że ma władzę, pozostając poza kontrolą. I że zdecydowanie powinna z niej korzystać, pokazując rządzonym, co powinni myśleć, jakich wyborów dokonywać, żeby móc uważać się za ludzi światłych i mądrych. Takich jak ona, kobieta zupełnie niezależna, wyzwolona z płciowych stereotypów, świadoma swojej siły i umiejętnie z niej korzystająca. Słowem, krocząca od sukcesu do sukcesu! I niezatrzymująca się niepotrzebnie po drodze, bo szkoda tracić czas.
Dziś zresztą odniosła kolejny sukces. W mistrzowski sposób pożegnała swojego nowego znajomego, który wydawał się być całkowicie rozbity jej postawą. Na dodatek czuła, że to nie koniec zabawy z nim. Znała się dobrze na takich jak on. Była przekonana, że przez jakiś czas nie będzie mogła się opędzić od jego telefonów, wyznań miłości i okrutnych gróźb zawiedzionego kochanka. Dzięki temu będzie miała okazje potrenować złośliwe riposty i jeszcze raz utwierdzić się w przekonaniu, że faceci generalnie to żałosne dupki.
Teraz jednak z niepokojem spoglądała na wyświetlacz swojej komórki leżącej tuż obok. Przecież minęły już prawie trzy godziny, a telefon uparcie milczał! Czyżby ten Przypadek zgubił gdzieś jej numer?!
Jej niepokój nie uszedł uwagi rozmawiającej w tej chwili przez komórkę Mai winy Żarskiej, jej redakcyjnej koleżanki. Zresztą nie tylko koleżanki, może nawet przyjaciółki. Obie były trochę jak dwie strony tego samego medalu. Cele, do których dążyły, zdawały się być zbliżone. Tylko że w odróżnieniu od Sobani Żarska wyznawała starą rosyjską zasadę. Ciszej jedziesz, dalej zajedziesz. I kiedy koleżanka błyskała swoimi sukcesami gdzie popadnie, ona cichutko wkładała je do eleganckiej torebki.
– No to pa, misiu, do zobaczenia – widząc rozdrażnienie koleżanki, Żarska postanowiła nieco szybciej zakończyć prowadzoną rozmowę. – Nie dzwoni? – zapytała.
– Kto?
– Pan Przypadek.
– Czemu miałby dzwonić?
– Zawsze dzwonią. Nie spodobałaś mu się? – Malwina uśmiechnęła się ironicznie.
– Chyba żartujesz?! – oburzyła się Ania. – Wiesz, jak rano skamlał o drugie spotkanie? Czemu się śmiejesz?
– To jego stary numer. Metoda „na zakochanego frajera”. Nic tak nie zniechęca do drugiego spotkania jak płaczliwa prośba o nie.
– To niemożliwe – spojrzała na koleżankę z mieszaniną niedowierzania i podejrzliwości. – Chcesz powiedzieć, że on się mnie w ten sposób pozbył? – redaktor Sobania przez chwilę zastanawiała się nad prawdopodobieństwem tegowydarzenia, w końcu uznała, że jest absolutnie niemożliwe. – Bzdura – stwierdziła stanowczo. – Po prostu nie chcesz się przyznać, że przegrałaś wczorajszy zakład.
– A ty uważasz, że go wygrałaś?
– No oczywiście. Twierdziłaś, że Przypadek jest „nie do wyjęcia”, a ja przecież…
– Pan Przypadek jest nie do wyjęcia na stałe. Jednorazowy numer to łatwizna.
– Coś kręcisz – redaktor Sobania wstała i zaczęła pakować swoje drobiazgi z biurka do torebki. – Wczoraj nic nie mówiłaś.
– Bo zanim zdążyłam ci cokolwiek wyjaśnić, ty już do niego wystartowałaś.
– Gdybym wiedziała, że to ma być na dłużej, w ogóle bym się w to nie bawiła.
– Bo i tak byś przegrała.
Ania spojrzała uważnie na Malwinę. Wprawdzie wciąż uważała, że koleżanka przede wszystkim wykręca się od uregulowania należności za przegrany zakład, ale upór, z jakim chciała ją zdenerwować i sprowokować, był zastanawiający. A do tego na tyle intrygujący, że redaktor Sobania postanowiła sprawdzić, skąd on się bierze. Dlatego odpowiedziała:
– Gdybym tylko chciała, od razu by…
– Tak? A założymy się, że druga randka nie jest możliwa?
Do takiego zakładu pani redaktor Sobani nie trzeba było dwa razy zachęcać.
– O to, co zwykle? – zapytała tylko z błyskiem hazardzisty w oku.
– Tak. Tylko nie próbuj oszukiwać, bo ja dobrze znam pana Przypadka i wszystko mogę sprawdzić.
Jacek z niepokojem zauważył, że przed jego kamienicą stoją policyjne radiowozy. Kątem oka dostrzegł również, że gdy otwierał duże drzwi z nieprzezroczystego szkła, jeden z funkcjonariuszy, patrząc w jego stronę, rzucił coś szybko do krótkofalówki. Dlatego nie zdziwiło go aż tak bardzo, kiedy z mieszkania pani Irminy wyszedł przysadzisty mężczyzna z dużymi, sumiastymi wąsami i zapytał:
– Pan tu mieszka?
– Nie. Tak tylko przebiegałem z kluczami.
– Pan sobie ze mnie żartuje? – oczy policjanta niebezpiecznie się zwęziły. W jednej chwili poczuł, że nie polubi tego gościa w stroju do biegania, który patrzy na niego takim niesłychanie ironiczno-dobrotliwo-pobłażliwym spojrzeniem.
– A ma pan poczucie humoru?
– Oczywiście, że mam – wycedził chłodno policjant – ale w tej chwili prowadzę poważne śledztwo. Pan pozwoli ze mną – rzucił tonem nieznoszącym sprzeciwu i ruszył w stronę mieszkania.
– Coś się stało pani Irminie?
– To ja tu zadaję pytania. Pan ją dobrze zna?
– Od małego.
– A kiedy ostatnio ją pan odwiedzał?
– Tuż przed jej wyjazdem – weszli do pokoju, w którym Jacek zobaczył na ścianie cztery jasne plamy po obrazach. – Zresztą wpadam do niej regularnie, bo mieszka sama.
- Ale chyba miewa często gości?
– Owszem, czasami, choć zdecydowanie bardziej woli bywać.
– A ktoś oprócz pana bywa u niej regularnie?
– Tak, jej wnuczek, Wojtek Bamber.
Smańko nachylił się do ucha podkomisarza i coś przez chwilę mu szeptał. Łoś tylko kiwnął twierdząco głową i Smańko wyszedł z pokoju.
– Czekamy właśnie na niego – wrócił do rozmowy policjant.
– On podobno miał się zajmować tym mieszkaniem w ostatnim tygodniu. Widział go tu pan?
– Nie.
– A może nam pan coś powiedzieć o panu… – Łoś zajrzał do swoich notatek – Bączku?
– Niewiele. Kupił to mieszkanie niedawno. Dwa tygodnie temu przyszedł się przedstawić i przeprosić, że właśnie urządza remont i będzie strasznie hałasował. Między innymi dlatego pani Irmina zdecydowała się wyjechać, bo pan Bączek robił to głównie wieczorami albo wczesnym rankiem.
Do mieszkania wszedł znerwicowany młodzieniec w stroju dość niedbałym, o oczach bliźniaczo podobnych do oczu pani Irminy. W tej chwili biegały one z niepokojem po mieszkaniu i mogły łatwo popaść w oczopląs. Widząc Jacka, młodzieniec przywitał się z nim lekkim kiwnięciem głowy, choć był to ruch tak gwałtowny, że można go było wziąć za tik nerwowy. Kiedy zaś szybkim ruchem wyciągnął rękę w stronę policjanta, ten drgnął, jakby się bał, że zostanie ugodzony nożem.
– Dzień dobry, Wojciech Bamber.
– Łoś. Podkomisarz Łoś – skinął mu głową podkomisarz i z powrotem odwrócił się w stronę Jacka. – To na razie wszystko. Gdyby pan sobie coś przypomniał, proszę do mnie zadzwonić – podał mu wyjętą z górnej kieszeni płaszcza wizytówkę.
– Dobrze – Jacek podniósł się. Gdy był jednak już prawie w drzwiach, przystanął nagle. – Może to panom coś pomoże. Po drugiej stronie ulicy jest nowy apartamentowiec. Mam wrażenie, że kamera przy wejściu jest ustawiona pod takim kątem, że obejmuje również bramę naszej kamienicy.
Ze stoliczka spadła lampka i stuknęła o podłogę. Oczy wszystkich obecnych zwróciły się od razu na Wojtka Bambera, który klęczał obok niej, ale bynajmniej nie po to, by ją podnieść. W tej chwili sam potrzebował pomocy, bo bezradnie szukał ręką czegoś do złapania się. Trafił na dłoń aspiranta Smańki.
– Coś się panu stało? – zapytał policjant.
– Nic. W głowie mi się zakręciło. To z nerwów