Tekst ODCINEK 12
był czytany 839 razy
ODCINEK 12
Atmosfera panująca przy rodzinnym stole państwa Przypadków była raczej dość ponura, by nie powiedzieć grobowa. Wprawdzie pani Felicja robiła, co mogła, aby wszyscy bawili się jak najlepiej, ale trzeba uczciwie przyznać, że nie miała wielkich szans. Jedynie Jacek czasem starał się skrzywić usta w grymasie mającym przypominać coś w rodzaju uśmiechu. Marzena miała cały czas wzrok wbity w talerz i tylko zdawkowo chwaliła potrawę przyrządzoną przez panią Przypadek. Pan Fryderyk siedział sztywno z wysoko uniesioną głową i bardzo starał się, aby jego spojrzenie nie skrzyżowało się z nikim z obecnych.
– Może jeszcze coś zjesz, Marzenko? – zaproponowała pani Felicja.
– Nie, dziękuję pani.
– Przecież prosiłam, żebyś mówiła mi już „mamo”.
– Wolałabym zaczekać do ślubu, jeśli można – aby ukryć zmieszanie aplikantka sięgnęła po kieliszek z winem.
– No właśnie, kiedy coś planujecie?
– A wiesz, tato, okradli panią Irminę… – włączył się rzeczowo do rozmowy Jacek.
– Ty zawsze zmieniasz temat, gdy o to pytam – fuknęła niezadowolona pani Felicja.
– Felicjo, zostawmy ich w spokoju – mecenas postanowił przyjść w sukurs synowi, bo przecież i dla niego temat nie był zbyt wygodny. – I co jej ukradli?
– Wszystkie cztery obrazy. - Pan Fryderyk zakrztusił się pitą herbatą, aż żona musiała klepnąć go w plecy. – Co ci się stało?
– Nic. Coś mi się przypomniało.
– Fryderyku, to było tak dawno.
– Czy to jakaś tajemnica? – spytał Jacek.
– No, trochę tak – wstał i z komody wyjął swoją fajkę. – Adwokacka.
– Byłbym wdzięczny, gdybyś mi ją opowiedział. Pani Irmina wynajęła mnie jako detektywa do odnalezienia tych obrazów – to oświadczenie sprawiło, że nawet Marzena starająca się do tej pory nie odrywać wzroku od stołu spojrzała na niego z zainteresowaniem.
– Ciebie? – mecenas rozpoczął nabijanie swojej fajki. – A cóż to za pomysł?
– Bardzo mnie prosiła, więc nie mogłem jej odmówić – wyznał z rozbrajającą szczerością Jacek. – No to zmienia postać rzeczy. W tej sytuacji mogę ci to powiedzieć, detektywie – ojciec spojrzał na niego z ironią, ale rozpoczął swoją opowieść. – Kiedy byłeś malutki, broniłem jej w sądzie. Była oskarżona o próbę oszustwa i przemytu dzieł sztuki za granicę.
– Jakich?
– Właśnie tych obrazów.
– Własnych obrazów? Dlaczego? – Marzena po raz pierwszy tego wieczoru powiedziała coś bez pytania.
– Widzisz, Marzeno, wtedy nie było można z kraju wywozić żadnych dzieł sztuki wykonanych przed czterdziestym piątym. Prawo niby głupie, ale jakoś zasadne, bo w trakcie wojny zginęło z Polski tyle cennych zabytków, że szkoda było każdego następnego – zapalił fajkę. – A pani Irmina miała wtedy spore kłopoty finansowe. Parę lat wcześniej umarł jej mąż, ona nigdy nie pracowała. Rodzice Wojtusia zginęli w wypadku samochodowym, a ona została sama z wnukiem na utrzymaniu. W dodatku kazali jej płacić jakieś straszne podatki i próbowali pod ich zastaw przejąć te obrazy. Aż któregoś dnia zgłosiła na milicję, że jej ukradziono obrazy. Ale po kilku tygodniach złapano na granicy czechosłowackiej mężczyznę, który chciał je wywieźć. No i okazało się, że pani Irmina z nim współpracowała, bo chciała dobrze te obrazy sprzedać. Była załamana tym, że sąsiedzi widzieli ją w kaj dankach. Próbowała się nawet wtedy otruć arszenikiem.
Godzinę później Marzena szła w milczeniu obok torów tramwajowych z miną równie ponurą jak w trakcie kolacji. Obok niej radośnie dreptał Jacek, zadowolony, że ma za sobą kolejną obowiązkową wizytę u rodziców. I mimo całej swojej przenikliwości nie mógł pojąć, że ktoś może przejmować się, że za dwa, trzy tygodnie będzie musiał ponownie zaliczyć „rodzinny” obiad lub kolację we czwórkę.
– Długo jeszcze będziemy udawać?! – wybuchła w końcu aplikantka. – Twoja mama ma się lepiej i chyba nie rozpacza już tak bardzo po tych druzgocących recenzjach jej ostatniego tomiku poezji?
– To prawda. Zaczęła nawet pracę nad biografią naszej rodziny. Zdziwiło mnie to, bo myślałem, że będzie się trzymała z daleka od prozy po tym, jak przez kilka lat nie była w stanie napisać powieści.
– Nie zmieniaj tematu – tupnęła nogą ze złości. – Nie jestem twoją mamą, którą możesz zbywać byle czym.
– Tak bardzo ci przeszkadza nasze narzeczeństwo? – Jacek zrobił minę zbitego psa.
– Wiesz dobrze, że między nami nic nie ma!
– Robisz mi przykrość. A już się przyzwyczaiłem, że mam taką uroczą narzeczoną – Jacek chciał po przyjacielsku objąć Marzenę ramieniem, ale ona na to nie pozwoliła.
– To się będziesz musiał odzwyczaić! – fuknęła. – Mam dość tej całej dwuznacznej sytuacji. Twój ojciec już wie. Na co czekamy?
– Wiesz, jaka mama jest wrażliwa. A poza tym wierzy, że jesteśmy sobie przeznaczeni.
– Trudno. Masz jak najszybciej zakończyć ten nasz „związek”.
– Łamiesz mi serce – Przypadek chciał dodać jeszcze coś bardziej dramatycznego, ale mina Marzeny przekonała go, że czas żartów ostatecznie się skończył. – Dobrze, postaram się. Obiecuję.
Marzena nie była przygotowana na to, że Jacek tak szybko się zgodzi. W zanadrzu posiadała jeszcze mnóstwo argumentów, którymi miała zamiar przekonywać Przypadka do zmiany ich oficjalnego statusu. Chciała je zaraz wszystkie z siebie wyrzucić, ale pozbawiona takiej możliwości, zamilkła na chwilę zdziwiona. A może też odrobinę zawiedziona? Bo choć naprawdę miała dość udawania, to przecież koniec tego udawania można sobie było wyobrazić na różne sposoby.
– O czym myślisz? – zapytał Jacek, a Marzena drgnęła przestraszona. Dobrze znała Przypadka i wiedziała, że zauważa więcej od innych. I bała się, że nie trzeba być specjalnie bystrym, aby dostrzec rozczarowanie na jej twarzy. A takie rozczarowanie można przecież zinterpretować niewłaściwie. Dlatego szybko, żeby ukryć zmieszanie, wymyśliła nowy temat rozmowy:
– Czy twoja mama wie, że twój ojciec… – urwała, nie wiedząc, jak dokończyć.
– Miewa różne przygody? Wie.
– I nic z tym nie robi?
– Uważa, że dopóki ojciec nie przekroczy pewnych granic, nie ma sensu robić skandalu.
– Po co ja się wdałam w tę rodzinę? – westchnęła ciężko.
– Już nie pamiętasz? Zawarliśmy jasny układ. Udajemy narzeczonych, żebyś ty się dostała na aplikację, a moi rodzice przestali uważać, że się nie pozbierałem po Basi.
– Ale ty się wciąż nie pozbierałeś.
– Nie wracajmy do tego – Jacek z pewnością nie był już tym wesołkiem sprzed kilku chwil. Nie miał nawet śladu dobrego nastroju. – Powinnaś być zadowolona, że się w końcu dostałaś na aplikację. Inaczej byłabyś bez szans.
– A może ja się wcale nie chciałam dostać na tę aplikację?!
Niespodziewany wybuch Marzeny zdziwił Jacka. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, jego narzeczona na niby była już paręnaście kroków od niego.
– To po co zdawałaś czwarty raz? – wykrztusił w końcu. – Poczekaj. Chciałem zapytać, czy nie znasz jakiegoś właściciela galerii albo marszanda?