Ta witryna wykorzystuje pliki cookies do przechowywania informacji na Twoim komputerze. Bez nich strona nie będzie działała poprawnie. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień dotyczących cookies.
42074 osoby czytały to 593456 razy. Teraz jest 8 osób

ODCINEK 4

   W swo­im ga­bi­ne­cie, urzą­dzo­nym gu­stow­nie z nut­ką re­tro, sie­dział Mło­dy Bóg Sek­su. Wpraw­dzie miał tyl­ko metr sześć­dzie­siąt w ka­pe­lu­szu, na no­sie śmiesz­ne oku­lar­ki i był ra­czej mi­zer­nej po­stu­ry, ale to nie prze­szka­dza­ło w ni­czym jego świet­ne­mu sa­mo­po­czu­ciu. Bo temu nic w ko­smo­sie nie było w sta­nie za­szko­dzić.
   Dla­te­go Mło­dy Bóg Sek­su, któ­ry ak­tu­al­nie urzę­do­wał w kan­ce­la­rii ad­wo­kac­kiej Sa­ko­wicz & Sa­ko­wicz, był jed­nym z naj­szczę­śliw­szych lu­dzi na świe­cie. W tej chwi­li prze­cią­gnął się w swo­im fo­te­lu i pod­niósł słu­chaw­kę te­le­fo­nu. Wy­stu­kał szyb­ko nu­mer na kla­wia­tu­rze i cze­kał przez chwi­lę na po­łą­cze­nie
   – Ja­cek? No cześć, sta­ry, Bła­żej mówi. Cze­mu nie od­bie­rasz? A ro­zu­miem, tre­nu­jesz do ma­ra­to­nu – uśmiech­nął się iro­nicz­nie. – Może wpad­niesz wie­czo­rem do Za­kra­pial­ni? Mam prze­czu­cie, że dzi­siaj coś na pew­no wy­rwę. A wiesz, mnie ta­kie prze­czu­cia nig­dy nie mylą. Chcesz się za­ło­żyć? – uśmiech­nął się z dużą dozą pew­no­ści sie­bie, któ­rej miał zawsze w nad­mia­rze. Chciał coś jesz­cze do­rzu­cić, ale w tej chwi­li we­szła do jego po­ko­ju se­kre­tar­ka. – Po­cze­kaj chwi­lę – rzu­cił do słu­chaw­ki i za­krył ją ręką. – Tak?
   – Dzwo­ni pan Klem­puch w spra­wie tego Bam­be­ra.
   – Za­raz od­bio­rę. – Se­kre­tar­ka zni­kła za drzwia­mi. – Mu­szę koń­czyć, mam dru­gi te­le­fon. To co, do zo­ba­cze­nia o dzie­wią­tej?
    
   Choć pani Ir­mi­na była oso­bą to­wa­rzy­ską, to jej miesz­ka­nie daw­no już nie prze­ży­wa­ło ta­kie­go na­lo­tu go­ści. Tym ra­zem jed­nak pani Ir­mi­na nie mo­gła im słu­żyć to­wa­rzy­stwem i czę­sto­wać ich swo­imi słyn­ny­mi kru­chy­mi cia­stecz­ka­mi po­sy­py­wa­ny­mi gru­bym cu­krem. Kie­dy bo­wiem go­ście krę­ci­li się tam i z po­wro­tem z róż­ny­mi dziw­ny­mi urzą­dze­nia­mi w ręku, ona sama sie­dzia­ła przy sto­li­ku ba­da­na przez le­ka­rza po­go­to­wia. Zaś jej ci­śnie­nie pod­ska­ki­wa­ło nie­bez­piecz­nie za każ­dym ra­zem, gdy tyl­ko spoj­rza­ła na któ­rąś z czte­rech ja­snych plam o kształ­cie pro­sto­ką­tów wi­docz­nych na ścia­nie po­ko­ju.
   Pra­cy eki­py tech­nicz­nej przy­glą­dał się z uwa­gą pod­ko­mi­sarz Łoś, po­li­cjant z dwu­dzie­sto­let­nim sta­żem, ob­da­rzo­ny im­po­nu­ją­cy­mi wą­sa­mi. Za­rost nie był jed­nak wy­łącz­nie ozdo­bą jego twa­rzy, ale po wie­lo­kroć słu­żył mu do my­śle­nia. Tyl­ko wte­dy, kie­dy pró­bo­wał na­krę­cić jed­ną z koń­có­wek wą­sów na wska­zu­ją­cy pa­lec, jego umysł pra­co­wał na naj­wyż­szych ob­ro­tach.
   Tak było i te­raz. Przed sobą na sto­le miał fo­to­gra­fie ścia­ny jesz­cze sprzed kra­dzie­ży, gdy znaj­do­wa­ły się na niej ob­ra­zy uzna­nych pol­skich twór­ców prze­ło­mu XIX i XX wie­ku z jed­nym z mniej zna­nych au­to­por­tre­tów Mal­czew­skie­go na cze­le. Łoś przez kil­ka do­brych chwil pa­trzył to na fo­to­gra­fie, to na ścia­nę, nie za­po­mi­na­jąc przy tym pod­krę­cać wąsa. Kie­dy za­koń­czył tę czyn­ność, zwró­cił się do le­ka­rza.
   – Mo­że­my jesz­cze chwi­lę po­roz­ma­wiać? – wska­zał na pa­nią Ir­mi­nę.
   – Ale do­słow­nie mo­ment. Mu­szę pa­nią za­brać na ob­ser­wa­cję do szpi­ta­la.
   Po­li­cjant kiw­nął po­ta­ku­ją­co gło­wą.
   – Te ob­ra­zy były ubez­pie­czo­ne?
   – Oczy­wi­ście.
   – A więc do­sta­nie pani nie­złe od­szko­do­wa­nie – uśmiech­nął się pod wą­sem Łoś.
   – Czyż­by pan coś su­ge­ro­wał? – ob­ru­szy­ła się pani Ir­mi­na, a le­karz spoj­rzał na pod­ko­mi­sa­rza z wy­rzu­tem.
   – Ja tyl­ko py­tam, nie su­ge­ru­ję – za­zna­czył sta­now­czo po­li­cjant. – Po­dej­rze­wa pani ko­goś o kra­dzież?
   – Naj­bar­dziej tego ło­bu­za Gel­ber­ga.
   – Tego an­ty­kwa­riu­sza?
   – Tego sa­me­go. Na­cho­dził mnie od paru mie­się­cy, bo miał po­dob­no do­bre­go kup­ca na te ob­ra­zy. A dziś zde­rzy­łam się z nim na dole w drzwiach. Strasz­nie się prze­stra­szył, gdy mnie zo­ba­czył.
   – Coś tam na nie­go mamy w ak­tach… – po­ki­wał gło­wą Łoś. – A jesz­cze ko­goś pani po­dej­rze­wa?
   – Mo­je­go no­we­go są­sia­da, Bącz­ka. Prze­bił się do mnie ty­dzień temu przez ścia­nę – wska­za­ła gło­wą na miej­sce, z któ­re­go wy­szło okrut­ne wier­tło są­sia­da.
   – Tu­taj? – upew­nił się pod­ko­mi­sarz, wska­zu­jąc na małą, bia­łą plam­kę na ścia­nie.
   – Tak. To bia­łe to ślad po dziu­rze.
   – Do­my­śli­łem się. Ale ra­czej trud­no było przez ten otwo­rek wy­nieść ob­ra­zy.
   – Ale on za­raz po­tem do mnie przy­szedł i mało mu oczy z or­bit nie wy­szły, jak to wszyst­ko zo­ba­czył. On ma ta­kie małe chy­tre oczka.
   – Ro­zu­miem – po­li­cjan­ta chy­ba nie prze­ko­na­ły do­wo­dy na udział pana Bącz­ka w kra­dzie­ży. – No nic, my się tu jesz­cze tro­chę po­roz­glą­da­my a po­tem za­bez­pie­czy­my to miej­sce.
   – Tyl­ko do­kład­nie – pani Ir­mi­na pod­nio­sła pa­lec w ge­ście na­po­mnie­nia. – In­spek­tor Za­sa­da to mój do­bry zna­jo­my.
   Łoś skrzy­wił się i spoj­rzał na aspi­ran­ta Smań­kę, któ­ry wła­śnie wró­cił po prze­słu­cha­niu trój­ki są­sia­dów miesz­ka­ją­cych na trze­cim pię­trze. Smań­ko po­ki­wał gło­wą, że ro­zu­mie ból prze­ło­żo­ne­go. Roz­wią­zy­wa­nie za­ga­dek, w któ­rych prze­wi­ja­ją się zna­jo­mi róż­nych ko­men­dan­tów po­li­cji, nig­dy nie na­le­ża­ło do przy­jem­nych za­jęć

Komentarze czytelników