Tekst ODCINEK 4
był czytany 822 razy
ODCINEK 4
W swoim gabinecie, urządzonym gustownie z nutką retro, siedział Młody Bóg Seksu. Wprawdzie miał tylko metr sześćdziesiąt w kapeluszu, na nosie śmieszne okularki i był raczej mizernej postury, ale to nie przeszkadzało w niczym jego świetnemu samopoczuciu. Bo temu nic w kosmosie nie było w stanie zaszkodzić.
Dlatego Młody Bóg Seksu, który aktualnie urzędował w kancelarii adwokackiej Sakowicz & Sakowicz, był jednym z najszczęśliwszych ludzi na świecie. W tej chwili przeciągnął się w swoim fotelu i podniósł słuchawkę telefonu. Wystukał szybko numer na klawiaturze i czekał przez chwilę na połączenie
– Jacek? No cześć, stary, Błażej mówi. Czemu nie odbierasz? A rozumiem, trenujesz do maratonu – uśmiechnął się ironicznie. – Może wpadniesz wieczorem do Zakrapialni? Mam przeczucie, że dzisiaj coś na pewno wyrwę. A wiesz, mnie takie przeczucia nigdy nie mylą. Chcesz się założyć? – uśmiechnął się z dużą dozą pewności siebie, której miał zawsze w nadmiarze. Chciał coś jeszcze dorzucić, ale w tej chwili weszła do jego pokoju sekretarka. – Poczekaj chwilę – rzucił do słuchawki i zakrył ją ręką. – Tak?
– Dzwoni pan Klempuch w sprawie tego Bambera.
– Zaraz odbiorę. – Sekretarka znikła za drzwiami. – Muszę kończyć, mam drugi telefon. To co, do zobaczenia o dziewiątej?
Choć pani Irmina była osobą towarzyską, to jej mieszkanie dawno już nie przeżywało takiego nalotu gości. Tym razem jednak pani Irmina nie mogła im służyć towarzystwem i częstować ich swoimi słynnymi kruchymi ciasteczkami posypywanymi grubym cukrem. Kiedy bowiem goście kręcili się tam i z powrotem z różnymi dziwnymi urządzeniami w ręku, ona sama siedziała przy stoliku badana przez lekarza pogotowia. Zaś jej ciśnienie podskakiwało niebezpiecznie za każdym razem, gdy tylko spojrzała na którąś z czterech jasnych plam o kształcie prostokątów widocznych na ścianie pokoju.
Pracy ekipy technicznej przyglądał się z uwagą podkomisarz Łoś, policjant z dwudziestoletnim stażem, obdarzony imponującymi wąsami. Zarost nie był jednak wyłącznie ozdobą jego twarzy, ale po wielokroć służył mu do myślenia. Tylko wtedy, kiedy próbował nakręcić jedną z końcówek wąsów na wskazujący palec, jego umysł pracował na najwyższych obrotach.
Tak było i teraz. Przed sobą na stole miał fotografie ściany jeszcze sprzed kradzieży, gdy znajdowały się na niej obrazy uznanych polskich twórców przełomu XIX i XX wieku z jednym z mniej znanych autoportretów Malczewskiego na czele. Łoś przez kilka dobrych chwil patrzył to na fotografie, to na ścianę, nie zapominając przy tym podkręcać wąsa. Kiedy zakończył tę czynność, zwrócił się do lekarza.
– Możemy jeszcze chwilę porozmawiać? – wskazał na panią Irminę.
– Ale dosłownie moment. Muszę panią zabrać na obserwację do szpitala.
Policjant kiwnął potakująco głową.
– Te obrazy były ubezpieczone?
– Oczywiście.
– A więc dostanie pani niezłe odszkodowanie – uśmiechnął się pod wąsem Łoś.
– Czyżby pan coś sugerował? – obruszyła się pani Irmina, a lekarz spojrzał na podkomisarza z wyrzutem.
– Ja tylko pytam, nie sugeruję – zaznaczył stanowczo policjant. – Podejrzewa pani kogoś o kradzież?
– Najbardziej tego łobuza Gelberga.
– Tego antykwariusza?
– Tego samego. Nachodził mnie od paru miesięcy, bo miał podobno dobrego kupca na te obrazy. A dziś zderzyłam się z nim na dole w drzwiach. Strasznie się przestraszył, gdy mnie zobaczył.
– Coś tam na niego mamy w aktach… – pokiwał głową Łoś. – A jeszcze kogoś pani podejrzewa?
– Mojego nowego sąsiada, Bączka. Przebił się do mnie tydzień temu przez ścianę – wskazała głową na miejsce, z którego wyszło okrutne wiertło sąsiada.
– Tutaj? – upewnił się podkomisarz, wskazując na małą, białą plamkę na ścianie.
– Tak. To białe to ślad po dziurze.
– Domyśliłem się. Ale raczej trudno było przez ten otworek wynieść obrazy.
– Ale on zaraz potem do mnie przyszedł i mało mu oczy z orbit nie wyszły, jak to wszystko zobaczył. On ma takie małe chytre oczka.
– Rozumiem – policjanta chyba nie przekonały dowody na udział pana Bączka w kradzieży. – No nic, my się tu jeszcze trochę porozglądamy a potem zabezpieczymy to miejsce.
– Tylko dokładnie – pani Irmina podniosła palec w geście napomnienia. – Inspektor Zasada to mój dobry znajomy.
Łoś skrzywił się i spojrzał na aspiranta Smańkę, który właśnie wrócił po przesłuchaniu trójki sąsiadów mieszkających na trzecim piętrze. Smańko pokiwał głową, że rozumie ból przełożonego. Rozwiązywanie zagadek, w których przewijają się znajomi różnych komendantów policji, nigdy nie należało do przyjemnych zajęć