Tekst ODCINEK 8
był czytany 795 razy
ODCINEK 8
Antykwariusz Gelberg spędził większość dzisiejszego dnia poza swoim sklepem. Musiał odpowiedzieć na bardzo wiele kłopotliwych pytań dotyczących powodów, z jakich znalazł się rano w kamienicy przy ulicy Koneckiej 40. Ponieważ nie mógł powiedzieć prawdy, a natura nie obdarzyła go zbyt dużym talentem do kłamania, sam czuł, jak plącze się w zeznaniach. Pod koniec przesłuchania właściwie był już pewien, że zostanie zatrzymany przynajmniej „do wyjaśnienia”.
O dziwo jednak policjanci dość łatwo dali wiarę jego wyjaśnieniom, co zdumiało nawet jego samego. Dlatego gdy wkraczał wieczorem do antykwariatu, był w dość dobrym nastroju. Nie popsuła mu go nawet wiadomość, którą zaraz od progu powitała go rudowłosa Helena.
– Dzwonił ten Klempuch.
– I co mu powiedziałaś?
– Tak jak pan kazał. Że wezwała pana policja w związku z kradzieżą obrazów Bamberowej.
– Przestraszył się?
– Raczej był niezadowolony. Kazał powiedzieć, żeby odezwał się pan do niego, jak już wszystko się wyjaśni.
– No to mam nadzieję, że to nieprędko nastąpi – powiedział bardziej do siebie niż do pracownicy. – Możesz już iść, zamknę dzisiaj sam.
– Dziękuję, do widzenia.
Helena chwyciła swoją torebkę i wyszła. Gelberg starannie zamknął za nią drzwi na klucz. Potem przeszedł do niewielkiego pomieszczenia bez okien, które czasem służyło jako podręczny magazynek. Nacisnął włącznik światła. Już po chwili żarówka rozjarzyła się, ale Gelberg przez kolejnych kilkanaście sekund nie puszczał przycisku. Zrobił to dopiero, kiedy w ścianie przy wejściu odskoczyła jakaś klapka i ukazał się w niej otwór. Jego średnica nie była duża, za to głębokość chyba dość znaczna, bo antykwariusz wyciągnął ze środka długą, czarną tubę, która towarzyszyła mu podczas dzisiejszej wizyty u pani Bamber.
Położył ją na jednym ze stolików i otworzył. Wyciągnął z niej cztery zwinięte w rulon płótna. Rozprostował je i przyjrzał się im.
„Tak, ten autoportret Malczewskiego wyszedł mu znakomicie. Trochę go szkoda – pomyślał. – Cholera, wszystko miało być nie tak. Przecież tej Bamber tam miało nie być!”.
Wyjął z kieszeni zapalniczkę. Zapalił ją i na moment zbliżył jej płomień do autoportretu. Zanim jednak płótno zdążyło się zająć, zgasił zapalniczkę. Potem znów ją zapalił, żeby po chwili ponownie zgasić. I tak kilka następnych razy. W końcu schował zapalniczkę do kieszeni, zrolował z powrotem obrazy i włożył je do tuby, którą ukrył w ściennej skrytce.
Zgasił światło i wyszedł.
Młody Bóg Seksu siedział przy stoliku w Zakrapialni, jednym z najmodniejszych klubów w Warszawie. Wejścia do niego strzegło dwóch doświadczonych selekcjonerów. Nigdy nie wpuszczali oni do środka osób, których wygląd mógłby w jakikolwiek sposób zepsuć humor stałym bywalcom. Wstęp mieli tu sami szczęśliwi i zadowoleni ludzie ubrani w odpowiedniej jakości stroje. Topozwalało myśleć tym, którzy znaleźli się w środku, że należą do jakiejś wyjątkowej elity. I ta świadomość jeszcze bardziej poprawiała im humor i przyciągała do tego miejsca.
Młody Bóg Seksu, sącząc egzotycznego drinka, był w doskonałym nastroju i co chwilę rzucał najbardziej zabójcze ze swoich spojrzeń każdej z przechodzących klubowi czek. Nie przejmował się ich brakiem reakcji, bo wiedział doskonale, jak tę obojętność wytłumaczyć. Po prostu robił na nich tak kolosalne wrażenie, że nie śmiały podnieść na niego wzroku.
– Cześć, Błażej – Jacek dosiadł się do przyjaciela. – Co słychać?
– Jak zwykle. Wszystkie laski na mnie strasznie lecą – powiedział ze śmiertelnie znużoną miną młody mecenas i nikt nie mógł wątpić, że absolutnie i bez zastrzeżeń wierzy w swoje słowa. – Chyba znowu będę musiał zmienić sekretarkę, bo się nie mogę skupić w pracy, jak się na mnie cały czas gapi. A jeszcze ta aplikantka… Ja nie wiem, co one we mnie widzą.
– Przecież już to kiedyś ustaliliśmy. To twój zwierzęcy magnetyzm.
– Racja – przytaknął, jakby rzeczywiście zapomniał o największym ze swoich atutów.
– A co u ciebie? Była tutaj ta panna, co ją ostatnio wyjąłeś. Strasznie się o ciebie wypytywała. Zakochała się?
– Dopiero się zakocha – Przypadek uśmiechnął się tajemniczo pod nosem.
– Mówiłeś to, co zwykle?
– Jasne… Marzena twoją narzeczoną jest, ale macie akurat kryzys. À propos Marzeny, ona też strasznie na mnie leci, czasem już nie wiem, co mam zrobić, żeby się jej pozbyć.
– Powiedz jej, że jesteś moim przyjacielem i dlatego nie możesz tego robić z moją narzeczoną.
– Nie uwierzy mi. Przecież jesteście ze sobą na niby.
– Na pewno dasz sobie radę – poklepał go po ramieniu. – Gdybyś ulegał każdej babce, która na ciebie leci, nie wychodziłbyś z łóżka.
Błażej pokiwał potakująco głową. Co prawda, to prawda. Nikt w końcu nie znał go lepiej niż Jacek. Łączyła ich przyjaźń sięgająca przysłowiowej piaskownicy. Znali się jak dwa łyse konie i rozumieli bez słów. Dlatego Błażejowi nie mógł umknąć nastrój przyjaciela.
– Coś się stało?
– Okradli mi sąsiadkę.
– Tę Bamber?
– Jacek kiwnął potakująco głową.
– Czekaj, czekaj. Jej wnuczek ma na imię Wojtek?
– Tak.
– Że też go wcześniej nie skojarzyłem. Wyobraź sobie, że jest winny mojemu klientowi sto tysięcy i nie bardzo chce oddać.
– A kim jest twój klient?
– Nazywa się Klempuch. Lichwiarz, ale dobrze płaci.
– Przecież ty się specjalizujesz w prawie autorskim. No i prowadzę dla niego też taką sprawę. A ponieważ jest zadowolony, to powierzył mi także i to. – Błażej dopił ostatni łyk drinka i uznał, że czas zacząć właściwą zabawę. – Chodź na densflor, to ci pomogę coś wyjąć.
– A jeśli chodzi o Wojtka Bambera…
– Stary, tajemnica zawodowa. Ale na twoim miejscu namówiłbym tego twojego Bambera na oddanie kasy, bo zdaje się, że jak Klempuchowi kończą się argumenty prawne, to sięga też po inne…