Ta witryna wykorzystuje pliki cookies do przechowywania informacji na Twoim komputerze. Bez nich strona nie będzie działała poprawnie. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień dotyczących cookies.
42072 osoby czytały to 593449 razy. Teraz jest 6 osób

ODCINEK 8

   Anty­kwa­riusz Gel­berg spę­dził więk­szość dzi­siej­sze­go dnia poza swo­im skle­pem. Mu­siał od­po­wie­dzieć na bar­dzo wie­le kło­po­tli­wych py­tań do­ty­czą­cych po­wo­dów, z ja­kich zna­lazł się rano w ka­mie­ni­cy przy uli­cy Ko­nec­kiej 40. Po­nie­waż nie mógł po­wie­dzieć praw­dy, a na­tu­ra nie ob­da­rzy­ła go zbyt du­żym ta­len­tem do kła­ma­nia, sam czuł, jak plą­cze się w ze­zna­niach. Pod ko­niec prze­słu­cha­nia wła­ści­wie był już pe­wien, że zo­sta­nie za­trzy­ma­ny przy­najm­niej „do wy­ja­śnie­nia”.
   O dzi­wo jed­nak po­li­cjan­ci dość ła­two dali wia­rę jego wy­ja­śnie­niom, co zdu­mia­ło na­wet jego sa­me­go. Dla­te­go gdy wkra­czał wie­czo­rem do an­ty­kwa­ria­tu, był w dość do­brym na­stro­ju. Nie po­psu­ła mu go na­wet wia­do­mość, któ­rą za­raz od pro­gu po­wi­ta­ła go ru­do­wło­sa He­le­na.
   – Dzwo­nił ten Klem­puch.
   – I co mu po­wie­dzia­łaś?
   – Tak jak pan ka­zał. Że we­zwa­ła pana po­li­cja w związ­ku z kra­dzie­żą ob­ra­zów Bam­be­ro­wej.
   – Prze­stra­szył się?
   – Ra­czej był nie­za­do­wo­lo­ny. Ka­zał po­wie­dzieć, żeby ode­zwał się pan do nie­go, jak już wszyst­ko się wy­ja­śni.
   – No to mam na­dzie­ję, że to nie­pręd­ko na­stą­pi – po­wie­dział bar­dziej do sie­bie niż do pra­cow­ni­cy. – Mo­żesz już iść, za­mknę dzi­siaj sam.
   – Dzię­ku­ję, do wi­dze­nia.
   He­le­na chwy­ci­ła swo­ją to­reb­kę i wy­szła. Gel­berg sta­ran­nie za­mknął za nią drzwi na klucz. Po­tem prze­szedł do nie­wiel­kie­go po­miesz­cze­nia bez okien, któ­re cza­sem słu­ży­ło jako pod­ręcz­ny ma­ga­zy­nek. Na­ci­snął włącz­nik świa­tła. Już po chwi­li ża­rów­ka roz­ja­rzy­ła się, ale Gel­berg przez ko­lej­nych kil­ka­na­ście se­kund nie pusz­czał przy­ci­sku. Zro­bił to do­pie­ro, kie­dy w ścia­nie przy wej­ściu od­sko­czy­ła ja­kaś klap­ka i uka­zał się w niej otwór. Jego śred­ni­ca nie była duża, za to głę­bo­kość chy­ba dość znacz­na, bo an­ty­kwa­riusz wy­cią­gnął ze środ­ka dłu­gą, czar­ną tubę, któ­ra to­wa­rzy­szy­ła mu pod­czas dzi­siej­szej wi­zy­ty u pani Bam­ber.
   Po­ło­żył ją na jed­nym ze sto­li­ków i otwo­rzył. Wy­cią­gnął z niej czte­ry zwi­nię­te w ru­lon płót­na. Roz­pro­sto­wał je i przyj­rzał się im.
   „Tak, ten au­to­por­tret Mal­czew­skie­go wy­szedł mu zna­ko­mi­cie. Tro­chę go szko­da – po­my­ślał. – Cho­le­ra, wszyst­ko mia­ło być nie tak. Prze­cież tej Bam­ber tam mia­ło nie być!”.
   Wy­jął z kie­sze­ni za­pal­nicz­kę. Za­pa­lił ją i na mo­ment zbli­żył jej pło­mień do au­to­por­tre­tu. Za­nim jed­nak płót­no zdą­ży­ło się za­jąć, zga­sił za­pal­nicz­kę. Po­tem znów ją za­pa­lił, żeby po chwi­li po­now­nie zga­sić. I tak kil­ka na­stęp­nych razy. W koń­cu scho­wał za­pal­nicz­kę do kie­sze­ni, zro­lo­wał z po­wro­tem ob­ra­zy i wło­żył je do tuby, któ­rą ukrył w ścien­nej skryt­ce.
   Zga­sił świa­tło i wy­szedł.
    
   Młody Bóg Sek­su sie­dział przy sto­li­ku w Za­kra­pial­ni, jed­nym z naj­mod­niej­szych klu­bów w War­sza­wie. Wej­ścia do nie­go strze­gło dwóch do­świad­czo­nych se­lek­cjo­ne­rów. Nig­dy nie wpusz­cza­li oni do środ­ka osób, któ­rych wy­gląd mógł­by w ja­ki­kol­wiek spo­sób ze­psuć hu­mor sta­łym by­wal­com. Wstęp mie­li tu sami szczę­śli­wi i za­do­wo­le­ni lu­dzie ubra­ni w od­po­wied­niej ja­ko­ści stro­je. Topo­zwa­la­ło my­śleć tym, któ­rzy zna­leź­li się w środ­ku, że na­le­żą do ja­kiejś wy­jąt­ko­wej eli­ty. I ta świa­do­mość jesz­cze bar­dziej po­pra­wia­ła im hu­mor i przy­cią­ga­ła do tego miej­sca.
   Mło­dy Bóg Sek­su, są­cząc eg­zo­tycz­ne­go drin­ka, był w do­sko­na­łym na­stro­ju i co chwi­lę rzu­cał naj­bar­dziej za­bój­cze ze swo­ich spoj­rzeń każ­dej z prze­cho­dzą­cych klu­bo­wi czek. Nie przej­mo­wał się ich bra­kiem re­ak­cji, bo wie­dział do­sko­na­le, jak tę obo­jęt­ność wy­tłu­ma­czyć. Po pro­stu ro­bił na nich tak ko­lo­sal­ne wra­że­nie, że nie śmia­ły pod­nieść na nie­go wzro­ku.
   – Cześć, Bła­żej – Ja­cek do­siadł się do przy­ja­cie­la. – Co sły­chać?
   – Jak zwy­kle. Wszyst­kie la­ski na mnie strasz­nie lecą – po­wie­dział ze śmier­tel­nie znu­żo­ną miną mło­dy me­ce­nas i nikt nie mógł wąt­pić, że ab­so­lut­nie i bez za­strze­żeń wie­rzy w swo­je sło­wa. – Chy­ba zno­wu będę mu­siał zmie­nić se­kre­tar­kę, bo się nie mogę sku­pić w pra­cy, jak się na mnie cały czas gapi. A jesz­cze ta apli­kant­ka… Ja nie wiem, co one we mnie wi­dzą.
   – Prze­cież już to kie­dyś usta­li­li­śmy. To twój zwie­rzę­cy ma­gne­tyzm.
   – Ra­cja – przy­tak­nął, jak­by rze­czy­wi­ście za­po­mniał o naj­więk­szym ze swo­ich atu­tów.
   – A co u cie­bie? Była tu­taj ta pan­na, co ją ostat­nio wy­ją­łeś. Strasz­nie się o cie­bie wy­py­ty­wa­ła. Za­ko­cha­ła się?
   – Do­pie­ro się za­ko­cha – Przy­pa­dek uśmiech­nął się ta­jem­ni­czo pod no­sem.
   – Mó­wi­łeś to, co zwy­kle?
   – Ja­sne… Ma­rze­na two­ją na­rze­czo­ną jest, ale ma­cie aku­rat kry­zys. À pro­pos Ma­rze­ny, ona też strasz­nie na mnie leci, cza­sem już nie wiem, co mam zro­bić, żeby się jej po­zbyć.
   – Po­wiedz jej, że je­steś moim przy­ja­cie­lem i dla­te­go nie mo­żesz tego ro­bić z moją na­rze­czo­ną.
   – Nie uwie­rzy mi. Prze­cież je­ste­ście ze sobą na niby.
   – Na pew­no dasz so­bie radę – po­kle­pał go po ra­mie­niu. – Gdy­byś ule­gał każ­dej bab­ce, któ­ra na cie­bie leci, nie wy­cho­dził­byś z łóż­ka.
   Bła­żej po­ki­wał po­ta­ku­ją­co gło­wą. Co praw­da, to praw­da. Nikt w koń­cu nie znał go le­piej niż Ja­cek. Łą­czy­ła ich przy­jaźń się­ga­ją­ca przy­sło­wio­wej pia­skow­ni­cy. Zna­li się jak dwa łyse ko­nie i ro­zu­mie­li bez słów. Dla­te­go Bła­że­jo­wi nie mógł umknąć na­strój przy­ja­cie­la.
   – Coś się sta­ło?
   – Okra­dli mi są­siad­kę.
   – Tę Bam­ber?
   – Ja­cek kiw­nął po­ta­ku­ją­co gło­wą.
   – Cze­kaj, cze­kaj. Jej wnu­czek ma na imię Woj­tek?
   – Tak.
   – Że też go wcze­śniej nie sko­ja­rzy­łem. Wy­obraź so­bie, że jest win­ny mo­je­mu klien­to­wi sto ty­się­cy i nie bar­dzo chce od­dać.
   – A kim jest twój klient?
   – Na­zy­wa się Klem­puch. Li­chwiarz, ale do­brze pła­ci.
   – Prze­cież ty się spe­cja­li­zu­jesz w pra­wie au­tor­skim. No i pro­wa­dzę dla nie­go też taką spra­wę. A po­nie­waż jest za­do­wo­lo­ny, to po­wie­rzył mi tak­że i to. – Bła­żej do­pił ostat­ni łyk drin­ka i uznał, że czas za­cząć wła­ści­wą za­ba­wę. – Chodź na dens­flor, to ci po­mo­gę coś wy­jąć.
   – A je­śli cho­dzi o Wojt­ka Bam­be­ra…
   – Sta­ry, ta­jem­ni­ca za­wo­do­wa. Ale na two­im miej­scu na­mó­wił­bym tego two­je­go Bam­be­ra na od­da­nie kasy, bo zda­je się, że jak Klem­pu­cho­wi koń­czą się ar­gu­men­ty praw­ne, to się­ga też po inne…

Komentarze czytelników