Tekst ODCINEK 3
był czytany 802 razy
ODCINEK 3
Myliłby się ten, kto by pomyślał, że Jacek jest słabym kucharzem i dlatego na śniadanie serwował pospolitą jajecznicę. Przypadek gotował świetnie, wszystkie jego znajome jedzące u niego kolację z uznaniem wypowiadały się o jego kulinarnych możliwościach. Tylko że Jacek zawsze hołdował najprostszym rozwiązaniom. A dla samego siebie szkoda mu było czasu na robienie czegoś bardziej wyszukanego.
Radosny jak szczygiełek wszedł do kuchni, ale zanim otworzył lodówkę, by wydostać z niej jajka, sięgnął na jedną z półek. Zanim chwycił położone tam na płask zdjęcie w ramce przyjrzał się uważnie, pod jakim kątem leżało. Uśmiechnął się. Nie mogło być wątpliwości. Ktoś poruszył fotografią w nocy. Właściwie mógł się tego spodziewać. Przecież wiedział, że Ania jest dziennikarką śledczą.
Ustawił zdjęcie na stole, gdzie zwykle spożywał domowe posiłki. Na fotografii była uśmiechnięta dwudziestokilkulatka ubrana w ciepłą puchową kurtkę. Za nią, w tle, majaczyły wielkie góry okolone błękitnym niebem.
– Widzisz, Baśka, znów musimy jeść we dwoje. Te kobiety…
Baśka, jak zawsze, odwzajemniła jego uśmiech i spokojnie przyglądała się, jak przyrządza jajecznicę, czekając na kolejny posiłek we dwoje. Jednak tym razem nie dane im było w spokoju spożyć śniadania. Ledwie tylko Jacek włożył pierwszy kęs do ust, zadzwoniła jego komórka. Spojrzał na wyświetlacz i ciężko westchnął.
„Czego on może ode mnie znowu chcieć?” – pomyślał z niechęcią. Odebrał jednak.
– Cześć, tato… No dobrze, przybiegnę do ciebie… Jak tylko zjem śniadanie.
Jacek rozłączył się i odłożył komórkę. Spojrzał na zdjęcie i zapytał:
– Za co ty go lubiłaś, Baśka?
Kiedy talerz po jajecznicy wylądował w zlewie, pod kamienicę na ulicy Koneckiej 40 zajechała taksówka. Jej kierowca zerknął na taksometr i powiedział do pasażerki:
– Dwadzieścia pięć złotych.
Pani Irmina sięgnęła do torebki i wyjęła portmonetkę. Chwile w niej grzebała, w końcu podała taksówkarzowi trzydzieści złotych.
– Proszę i dziękuję.
Zadowolony kierowca schował zapłatę okraszoną napiwkiem, wysiadł i otworzył bagażnik. Pani Irmina stanęła obok, czekając, aż wyjmie jej walizki. Ta chwila jednak nie następowała, a taryfiarz stał z niewzruszoną miną.
– Może by mi pan pomógł to wnieść na czwarte piętro? Tu nie ma windy.
– Niestety, proszę pani, lekarz zabronił mi dźwigać ciężary.
– No tak, a ja wygrałam plecy na loterii – mruknęła pod nosem pani Irmina i chwyciła swoje walizki.
– Jak pani chce, to mogę pani drzwi przytrzymać.
Pani Irmina najchętniej odburknęłaby coś niemiłego, ale powstrzymała się, bo przy targaniu dwóch walizek nawet otwarcie drzwi na coś się mogło przydać. Kiwnęła więc przyzwalająco głową. Taksówkarz podszedł do ogromnych drzwi z nieprzezroczystego szkła. Szarpnął za klamkę, ale drzwi nawet nie drgnęły.
– Zamknięte są – poinformował swoją klientkę, która postawiła walizki i sięgnęła do torebki po klucze.
Wysiłek ten okazał się jednak zbędny, bo drzwi otworzyły się z impetem i wypadł z nich pan Antoni Gelberg. Normalnie nie miałby pewnie problemów z utrzymaniem się na nogach, ale taksówkarz wciąż ciągnął za klamkę z drugiej strony. Dlatego antykwariusz opuścił kamienicę o wiele szybciej, niżby sobie tego życzył. Laska wypadła mu z lewej ręki i gdyby nie tuba kreślarska, która zamortyzowała jego upadek, mógł sobie zrobić krzywdę. I tak jednak padł jak długi u stóp pani Irminy, wywołując jej przerażenie.
– Mógłby pan uważać!
– Proszę mi wybaczyć – Gelberg podniósł się z przepraszającym uśmiechem, który zamarł na jego twarzy, gdy zobaczył, przed kim stoi. Szybko schylił się po laskę i poprawił na ramieniu tubę, jakby bojąc się, że zaraz ktoś mu ją odbierze.
– Co pan tu robi? – pani Irmina była równie zdziwiona jak antykwariusz.
– Przecież wyraźnie panu powiedziałam, że nie sprzedam moich obrazów!
– Tak, tak, oczywiście.
Gelberg z błyskiem przerażenia w oczach ukłonił się nisko i ruszył w stronę Rakowieckiej. Początkowo usiłował udawać, że tak naprawdę się nigdzie nie spieszy i dreptał małymi kroczkami. Potem zaczął przebierać nóżkami odrobinę szybciej. A kiedy obejrzał się za siebie i zobaczył, że pani Irmina i taksówkarz ciągle na niego patrzą, puścił się pędem, potrącając na rogu ulicy jakiegoś przechodnia.
– Wariat jakiś? – wyraził przypuszczenie taryfiarz.
– Nie, antykwariusz.
– No to blisko byłem.
Widać było w tej chwili, że od strony teoretycznej Jacek jest naprawdę świetnie przygotowany do przebiegnięcia maratonu. Znakomite buty najlepszej firmy, precyzyjny stoper używany przez profesjonalistów i T-shirt, idealnie wchłaniający pot, sprawiały, że wyglądał w tym momencie, jakby miał za kilka sekund wystartować do biegu. I pewnie by to zrobił, gdyby na pierwszym piętrze nie spotkał swojej sąsiadki.
– Dzień dobry, pani Irmino, miała pani wrócić w sobotę – chciał schylić się po postawione przez sąsiadkę walizki, ale zadzwoniła jego komórka. Zerknął na wyświetlacz, uśmiechnął się, lecz nie odebrał.
– Znudziło mi się na tej wsi. Możesz odebrać, ja poczekam.
– To tylko Błażej – chwycił walizki i ruszyli na górę.
– Ten erotoman gawędziarz?
– Przesadza pani. Na panią po prostu nie działa jego zwierzęcy magnetyzm.
– Nie znam takiej, na którą działa – uśmiechnęła się ironicznie. – Bezwarunkowo nie znam – podkreśliła swoje zdanie przy użyciu ulubionego zwrotu. – Ten Bączek skończył remont?
– Od dwóch dni cisza. Coś tam jeszcze chyba robi, ale już po cichu.
– No to chwała Bogu. Jak się wtedy do mnie przebił przez ścianę, to myślałam, że umrę ze strachu.
– Dobrze, że błyskawicznie ją załatał.
– Ale i tak musiałam wyjechać, żeby się choć trochę uspokoić. – Doszli na czwarte piętro i Jacek postawił walizki przed drzwiami starszej pani. – A do ciebie nikt się nie wprowadził w międzyczasie?
– Ja odstraszam kobiety.
– Co ty za głupstwa opowiadasz?!
– Słowo honoru. Ostatnia uciekała ode mnie tak szybko, że nawet jej śniadania nie zdążyłem zrobić.
– Marzena chętnie by zjadła wspólne śniadanie.
– Muszę lecieć, tata na mnie czeka. – Jacek wiedział, że w dyskusji na temat Marzeny jest na straconej pozycji, dlatego postanowił jej nie kontynuować. zanim sąsiadka zdążyła zareagować, był już piętro niżej.
Starsza pani pokręciła głową z odrobiną dezaprobaty. Bardzo lubiła tego pędziwiatra, jego niestały charakter, który nie przeszkadzał mu podkreślać konserwatywnych poglądów. Lubiła nawet to, że zmieniał znajome w błyskawicznym tempie. Gdy je czasem widziała, stwierdzała, że z całą pewnością nie zasługiwały na więcej niż chwila zainteresowania. Ale nie miałaby nic przeciwko temu, żeby po drugiej stronie korytarza pojawił się jakiś maluch, którym mogłaby się czasem zająć i znów poczuć się babcią.
Westchnęła i włożyła klucz do zamka. Ku jej zdziwieniu nie chciał się przekręcić we właściwą stronę. Chwyciła za klamkę, żeby spróbować ponownie. Drzwi jednak ustąpiły, wywołując u niej zdziwienie nie mniejsze niż u Gelberga.
„Chyba Wojtuś nie zapomniał zamknąć?” – pomyślała z niepokojem.
Szybko weszła do środka, zostawiając walizki przed drzwiami. Po kilkunastu sekundach wybiegła na zewnątrz, z trudem łapiąc powietrze. Chciała coś krzyknąć, ale nie była w stanie. Jedyne, co wydobyło się z jej ust, to krótkie i ciche:
– O Boże…