Ta witryna wykorzystuje pliki cookies do przechowywania informacji na Twoim komputerze. Bez nich strona nie będzie działała poprawnie. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień dotyczących cookies.
42073 osoby czytały to 593453 razy. Teraz jest 7 osób

ODCINEK 3

   Mylił­by się ten, kto by po­my­ślał, że Ja­cek jest sła­bym ku­cha­rzem i dla­te­go na śnia­da­nie ser­wo­wał po­spo­li­tą ja­jecz­ni­cę. Przy­pa­dek go­to­wał świet­nie, wszyst­kie jego zna­jo­me je­dzą­ce u nie­go ko­la­cję z uzna­niem wy­po­wia­da­ły się o jego ku­li­nar­nych moż­li­wo­ściach. Tyl­ko że Ja­cek za­wsze hoł­do­wał naj­prost­szym roz­wią­za­niom. A dla sa­me­go sie­bie szko­da mu było cza­su na ro­bie­nie cze­goś bar­dziej wy­szu­ka­ne­go.
   Ra­do­sny jak szczy­gie­łek wszedł do kuch­ni, ale za­nim otwo­rzył lo­dów­kę, by wy­do­stać z niej jaj­ka, się­gnął na jed­ną z pół­ek. Za­nim chwy­cił po­ło­żo­ne tam na płask zdję­cie w ram­ce przyj­rzał się uważ­nie, pod ja­kim ką­tem le­ża­ło. Uśmiech­nął się. Nie mo­gło być wąt­pli­wo­ści. Ktoś po­ru­szył fo­to­gra­fią w nocy. Wła­ści­wie mógł się tego spo­dzie­wać. Prze­cież wie­dział, że Ania jest dzien­ni­kar­ką śled­czą.
   Usta­wił zdję­cie na sto­le, gdzie zwy­kle spo­ży­wał do­mo­we po­sił­ki. Na fo­to­gra­fii była uśmiech­nię­ta dwu­dzie­sto­kil­ku­lat­ka ubra­na w cie­płą pu­cho­wą kurt­kę. Za nią, w tle, ma­ja­czy­ły wiel­kie góry oko­lo­ne błę­kit­nym nie­bem.
   – Wi­dzisz, Baś­ka, znów mu­si­my jeść we dwo­je. Te ko­bie­ty…
   Baś­ka, jak za­wsze, od­wza­jem­ni­ła jego uśmiech i spo­koj­nie przy­glą­da­ła się, jak przy­rzą­dza ja­jecz­ni­cę, cze­ka­jąc na ko­lej­ny po­si­łek we dwo­je. Jed­nak tym ra­zem nie dane im było w spo­ko­ju spo­żyć śnia­da­nia. Le­d­wie tyl­ko Ja­cek wło­żył pierw­szy kęs do ust, za­dzwo­ni­ła jego ko­mór­ka. Spoj­rzał na wy­świe­tlacz i cięż­ko wes­tchnął.
   „Cze­go on może ode mnie zno­wu chcieć?” – po­my­ślał z nie­chę­cią. Ode­brał jed­nak.
   – Cześć, tato… No do­brze, przy­bie­gnę do cie­bie… Jak tyl­ko zjem śnia­da­nie.
   Ja­cek roz­łą­czył się i odło­żył ko­mór­kę. Spoj­rzał na zdję­cie i za­py­tał:
   – Za co ty go lu­bi­łaś, Baś­ka?
    
   Kiedy ta­lerz po ja­jecz­ni­cy wy­lą­do­wał w zle­wie, pod ka­mie­ni­cę na uli­cy Ko­nec­kiej 40 za­je­cha­ła tak­sów­ka. Jej kie­row­ca zer­k­nął na tak­so­metr i po­wie­dział do pa­sa­żer­ki:
   – Dwa­dzie­ścia pięć zło­tych.
   Pani Ir­mi­na się­gnę­ła do to­reb­ki i wy­ję­ła port­mo­net­kę. Chwi­le w niej grze­ba­ła, w koń­cu po­da­ła tak­sów­ka­rzo­wi trzy­dzie­ści zło­tych.
   – Pro­szę i dzię­ku­ję.
   Za­do­wo­lo­ny kie­row­ca scho­wał za­pła­tę okra­szo­ną na­piw­kiem, wy­siadł i otwo­rzył ba­gaż­nik. Pani Ir­mi­na sta­nę­ła obok, cze­ka­jąc, aż wyj­mie jej wa­liz­ki. Ta chwi­la jed­nak nie na­stę­po­wa­ła, a ta­ry­fiarz stał z nie­wzru­szo­ną miną.
   – Może by mi pan po­mógł to wnieść na czwar­te pię­tro? Tu nie ma win­dy.
   – Nie­ste­ty, pro­szę pani, le­karz za­bro­nił mi dźwi­gać cię­ża­ry.
   – No tak, a ja wy­gra­łam ple­cy na lo­te­rii – mruk­nę­ła pod no­sem pani Ir­mi­na i chwy­ci­ła swo­je wa­liz­ki.
   – Jak pani chce, to mogę pani drzwi przy­trzy­mać.
   Pani Ir­mi­na naj­chęt­niej od­burk­nę­ła­by coś nie­mi­łe­go, ale po­wstrzy­ma­ła się, bo przy tar­ga­niu dwóch wa­li­zek na­wet otwar­cie drzwi na coś się mo­gło przy­dać. Kiw­nę­ła więc przy­zwa­la­ją­co gło­wą. Tak­sów­karz pod­szedł do ogrom­nych drzwi z nie­prze­zro­czy­ste­go szkła. Szarp­nął za klam­kę, ale drzwi na­wet nie drgnę­ły.
   – Za­mknię­te są – po­in­for­mo­wał swo­ją klient­kę, któ­ra po­sta­wi­ła wa­liz­ki i się­gnę­ła do to­reb­ki po klu­cze.
   Wy­si­łek ten oka­zał się jed­nak zbęd­ny, bo drzwi otwo­rzy­ły się z im­pe­tem i wy­padł z nich pan An­to­ni Gel­berg. Nor­mal­nie nie miał­by pew­nie pro­ble­mów z utrzy­ma­niem się na no­gach, ale tak­sów­karz wciąż cią­gnął za klam­kę z dru­giej stro­ny. Dla­te­go an­ty­kwa­riusz opu­ścił ka­mie­ni­cę o wie­le szyb­ciej, niż­by so­bie tego ży­czył. La­ska wy­pa­dła mu z le­wej ręki i gdy­by nie tuba kre­ślar­ska, któ­ra za­mor­ty­zo­wa­ła jego upa­dek, mógł so­bie zro­bić krzyw­dę. I tak jed­nak padł jak dłu­gi u stóp pani Ir­mi­ny, wy­wo­łu­jąc jej prze­ra­że­nie.
   – Mógł­by pan uwa­żać!
   – Pro­szę mi wy­ba­czyć – Gel­berg pod­niósł się z prze­pra­sza­ją­cym uśmie­chem, któ­ry za­marł na jego twa­rzy, gdy zo­ba­czył, przed kim stoi. Szyb­ko schy­lił się po la­skę i po­pra­wił na ra­mie­niu tubę, jak­by bo­jąc się, że za­raz ktoś mu ją od­bie­rze.
   – Co pan tu robi? – pani Ir­mi­na była rów­nie zdzi­wio­na jak an­ty­kwa­riusz.
   – Prze­cież wy­raź­nie panu po­wie­dzia­łam, że nie sprze­dam mo­ich ob­ra­zów!
   – Tak, tak, oczy­wi­ście.
   Gel­berg z bły­skiem prze­ra­że­nia w oczach ukło­nił się ni­sko i ru­szył w stro­nę Ra­ko­wiec­kiej. Po­cząt­ko­wo usi­ło­wał uda­wać, że tak na­praw­dę się nig­dzie nie spie­szy i drep­tał ma­ły­mi krocz­ka­mi. Po­tem za­czął prze­bie­rać nóż­ka­mi odro­bi­nę szyb­ciej. A kie­dy obej­rzał się za sie­bie i zo­ba­czył, że pani Ir­mi­na i tak­sów­karz cią­gle na nie­go pa­trzą, pu­ścił się pę­dem, po­trą­ca­jąc na rogu uli­cy ja­kie­goś prze­chod­nia.
   – Wa­riat ja­kiś? – wy­ra­ził przy­pusz­cze­nie ta­ry­fiarz.
   – Nie, an­ty­kwa­riusz.
   – No to bli­sko by­łem.
    
   Widać było w tej chwi­li, że od stro­ny teo­re­tycz­nej Ja­cek jest na­praw­dę świet­nie przy­go­to­wa­ny do prze­bie­gnię­cia ma­ra­to­nu. Zna­ko­mi­te buty naj­lep­szej fir­my, pre­cy­zyj­ny sto­per uży­wa­ny przez pro­fe­sjo­na­li­stów i T-shirt, ide­al­nie wchła­nia­ją­cy pot, spra­wia­ły, że wy­glą­dał w tym mo­men­cie, jak­by miał za kil­ka se­kund wy­star­to­wać do bie­gu. I pew­nie by to zro­bił, gdy­by na pierw­szym pię­trze nie spo­tkał swo­jej są­siad­ki.
   – Dzień do­bry, pani Ir­mi­no, mia­ła pani wró­cić w so­bo­tę – chciał schy­lić się po po­sta­wio­ne przez są­siad­kę wa­liz­ki, ale za­dzwo­ni­ła jego ko­mór­ka. Zer­k­nął na wy­świe­tlacz, uśmiech­nął się, lecz nie ode­brał.
   – Znu­dzi­ło mi się na tej wsi. Mo­żesz ode­brać, ja po­cze­kam.
   – To tyl­ko Bła­żej – chwy­cił wa­liz­ki i ru­szy­li na górę.
   – Ten ero­to­man ga­wę­dziarz?
   – Prze­sa­dza pani. Na pa­nią po pro­stu nie dzia­ła jego zwie­rzę­cy ma­gne­tyzm.
   – Nie znam ta­kiej, na któ­rą dzia­ła – uśmiech­nę­ła się iro­nicz­nie. – Bez­wa­run­ko­wo nie znam – pod­kre­śli­ła swo­je zda­nie przy uży­ciu ulu­bio­ne­go zwro­tu. – Ten Bą­czek skoń­czył re­mont?
   – Od dwóch dni ci­sza. Coś tam jesz­cze chy­ba robi, ale już po ci­chu.
   – No to chwa­ła Bogu. Jak się wte­dy do mnie prze­bił przez ścia­nę, to my­śla­łam, że umrę ze stra­chu.
   – Do­brze, że bły­ska­wicz­nie ją za­ła­tał.
   – Ale i tak mu­sia­łam wy­je­chać, żeby się choć tro­chę uspo­ko­ić. – Do­szli na czwar­te pię­tro i Ja­cek po­sta­wił wa­liz­ki przed drzwia­mi star­szej pani. – A do cie­bie nikt się nie wpro­wa­dził w mię­dzy­cza­sie?
   – Ja od­stra­szam ko­bie­ty.
   – Co ty za głup­stwa opo­wia­dasz?!
   – Sło­wo ho­no­ru. Ostat­nia ucie­ka­ła ode mnie tak szyb­ko, że na­wet jej śnia­da­nia nie zdą­ży­łem zro­bić.
   – Ma­rze­na chęt­nie by zja­dła wspól­ne śnia­da­nie.
   – Mu­szę le­cieć, tata na mnie cze­ka. – Ja­cek wie­dział, że w dys­ku­sji na te­mat Ma­rze­ny jest na stra­co­nej po­zy­cji, dla­te­go po­sta­no­wił jej nie kon­ty­nu­ować. za­nim są­siad­ka zdą­ży­ła za­re­ago­wać, był już pię­tro ni­żej.
   Star­sza pani po­krę­ci­ła gło­wą z odro­bi­ną dez­apro­ba­ty. Bar­dzo lu­bi­ła tego pę­dzi­wia­tra, jego nie­sta­ły cha­rak­ter, któ­ry nie prze­szka­dzał mu pod­kre­ślać kon­ser­wa­tyw­nych po­glą­dów. Lu­bi­ła na­wet to, że zmie­niał zna­jo­me w bły­ska­wicz­nym tem­pie. Gdy je cza­sem wi­dzia­ła, stwier­dza­ła, że z całą pew­no­ścią nie za­słu­gi­wa­ły na wię­cej niż chwi­la za­in­te­re­so­wa­nia. Ale nie mia­ła­by nic prze­ciw­ko temu, żeby po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza po­ja­wił się ja­kiś ma­luch, któ­rym mo­gła­by się cza­sem za­jąć i znów po­czuć się bab­cią.
   Wes­tchnę­ła i wło­ży­ła klucz do zam­ka. Ku jej zdzi­wie­niu nie chciał się prze­krę­cić we wła­ści­wą stro­nę. Chwy­ci­ła za klam­kę, żeby spró­bo­wać po­now­nie. Drzwi jed­nak ustą­pi­ły, wy­wo­łu­jąc u niej zdzi­wie­nie nie mniej­sze niż u Gel­ber­ga.
   „Chy­ba Woj­tuś nie za­po­mniał za­mknąć?” – po­my­śla­ła z nie­po­ko­jem.
   Szyb­ko we­szła do środ­ka, zo­sta­wia­jąc wa­liz­ki przed drzwia­mi. Po kil­ku­na­stu se­kun­dach wy­bie­gła na ze­wnątrz, z tru­dem ła­piąc po­wie­trze. Chcia­ła coś krzyk­nąć, ale nie była w sta­nie. Je­dy­ne, co wy­do­by­ło się z jej ust, to krót­kie i ci­che:
   – O Boże…

Komentarze czytelników