Ta witryna wykorzystuje pliki cookies do przechowywania informacji na Twoim komputerze. Bez nich strona nie będzie działała poprawnie. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień dotyczących cookies.
42074 osoby czytały to 593458 razy. Teraz jest 8 osób

ODCINEK 16

   Fit­ness club Su­per­men, na­le­żą­cy do by­łe­go zna­ne­go spor­tow­ca, był miej­scem, gdzie w od­po­wied­niej at­mos­fe­rze, za od­po­wied­nie pie­nią­dze, śmie­tan­ka to­wa­rzy­ska mo­gła wy­le­wać swo­je siód­me poty. Śmie­tan­ka była przy tym na­praw­dę wy­so­ko­pro­cen­to­wa i od­po­wied­nio wy­se­lek­cjo­no­wa­na. Bo żeby się tu do­stać, nie wy­star­czy­ło mieć po pro­stu kwo­ty od­po­wied­niej do wy­ku­pie­nia kar­ne­tu. Po­trzeb­nych było rów­nież dwóch wpro­wa­dza­ją­cych człon­ków, rę­czą­cych, że nowo przy­ję­ty re­pre­zen­tu­je od­po­wied­ni po­ziom ran­gi to­wa­rzy­skiej.
   Pani re­dak­tor Anna So­ba­nia nie mia­ła naj­mniej­sze­go pro­ble­mu z po­zy­ska­niem wspar­cia dwóch człon­ków, dla­te­go też mo­gła w tej chwi­li z roz­ko­szą tre­no­wać na ma­szy­nie zwa­nej or­bi­tre­kiem. Choć są­dząc po in­ten­syw­no­ści wy­ma­chów jej rąk i nóg oraz za­cię­tym wy­ra­zie ob­li­cza, moż­na było wąt­pić, czy wy­ko­nu­je tyl­ko zwy­kłe ćwi­cze­nie, czy ra­czej w my­ślach ma­sa­kru­je wy­ima­gi­no­wa­ne­go prze­ciw­ni­ka. Je­śli tak rze­czy­wi­ście było, to ten prze­ciw­nik już po­wi­nien za­cząć się bać, bo re­dak­tor So­ba­nia bar­dzo dba­ła o swo­ją kon­dy­cję i uczęsz­cza­ła rów­nież na róż­ne kur­sy sztuk wal­ki.
   – Wcze­śnie dziś przy­szłaś. Coś się sta­ło? – za­py­ta­ła nie­win­nie Mal­wi­na Żar­ska, kła­dąc obok or­bi­tre­ka ko­le­żan­ki swo­ją spor­to­wą tor­bę. Jej py­ta­nie od­nio­sło tyl­ko je­den efekt: Ania za­czę­ła moc­niej wy­ma­chi­wać rę­ka­mi i no­ga­mi, co jesz­cze przed chwi­lą mo­gło wy­da­wać się nie­moż­li­we. – Aż tak? Ro­zu­miem, że wy­gra­łam za­kład?
   – Na ra­zie… za­li­czy­łam jed­no… nie­uda­ne po­dej­ście… -wy­sa­pa­ła re­dak­tor So­ba­nia, prze­ry­wa­jąc na­gle swo­je ćwi­cze­nie.
   – Pierw­szy raz w ży­ciu.
   – Do­pie­ro się roz­grze­wam… Zo­ba­czysz, to tyl­ko kwe­stia cza­su… – ze­szła z ma­szy­ny i ob­tar­ła spo­co­ne czo­ło ręcz­ni­kiem. – Mu­szę na­mie­rzyć tę jego na­rze­czo­ną, Ma­rze­nę.
   – Po co?
   – On chce do niej wró­cić. Z cze­go się zno­wu śmie­jesz?
   – On z nią nig­dy nie był. Tyl­ko uda­ją.
   – Cho­le­ra. Cze­mu mi tego wcze­śniej nie po­wie… – chcia­ła wy­lać swo­je żale na re­dak­cyj­ną ko­le­żan­kę, ale na­gle zro­zu­mia­ła, że praw­da jest jesz­cze strasz­niej­sza, niż przy­pusz­cza­ła. – Za­raz, czy­li on to za­grał?!
   – Na to wy­glą­da.
   – No to jesz­cze zo­ba­czy, kto jest lep­szym ak­to­rem. Ale cze­kaj, rano w kuch­ni wi­dzia­łam u nie­go ja­kieś zdję­cie w ram­ce
   – To Ba­sia. Praw­do­po­dob­nie je­dy­na ko­bie­ta, któ­rą na­praw­dę ko­chał w swo­im ży­ciu – uśmiech­nę­ła się smut­no. – Zresz­tą ko­cha ją chy­ba cały czas – do­da­ła nie bez nut­ki żalu i wsia­dła na je­den z ro­wer­ków tre­nin­go­wych.
   – A ona co? Rzu­ci­ła go?
   – Była al­pi­nist­ką. Za­gi­nę­ła osiem lat temu pod­czas wy­pra­wy w Hi­ma­la­jach. To zna­czy, pew­nie wpa­dła w ja­kąś roz­pa­dli­nę i zgi­nę­ła. Ale cia­ła nig­dy nie zna­le­zio­no, więc ofi­cjal­nie jest za­gi­nio­na – Mal­wi­na za­czę­ła re­flek­syj­nie pe­da­ło­wać. – My­ślę, że to dla­te­go żad­na ko­bie­ta nie ma u nie­go szans.
   – Bo tam­ta zgi­nę­ła?
   – Nie. Bo on cią­gle wie­rzy, że ona żyje.
    
   Pod­ko­mi­sarz Łoś z wiel­ką uwa­gą wpa­try­wał się w her­ba­cia­ne fusy, któ­re prze­cud­nie krą­ży­ły wo­kół osi szklan­ki, przy­po­mi­na­jąc małe tor­na­do. Ob­li­zy­wał przy tym ły­żecz­kę, któ­rą wy­wo­łał to za­mie­sza­nie, i swo­im zwy­cza­jem bęb­nił pal­ca­mi w blat biur­ka.
   – Dłu­go bę­dzie­my jesz­cze ob­ser­wo­wać, czy cu­kier się od­po­wied­nio roz­pu­ścił? – za­py­tał go sie­dzą­cy na­prze­ciw Przy­pa­dek.
   – Pan się de­ner­wu­je? – od­po­wie­dział py­ta­niem pod­ko­mi­sarz, nie od­ry­wa­jąc przy tym wzro­ku od szklan­ki.
   – Nie. Dla­cze­go miał­bym się de­ner­wo­wać?
   – Zo­stał pan przy­ła­pa­ny przez na­sze­go funk­cjo­na­riu­sza na po­da­wa­niu się za ko­goś in­ne­go.
   – Rze­czy­wi­ście, za­po­mnia­łem – Ja­cek pół­przy­tom­nie ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu. – Mam pro­ble­my z pa­mię­cią. Wła­ści­wie co ja ro­bię tu w tym stro­ju? – Przy­pa­dek ze zdzi­wie­niem spoj­rzał na swój spor­to­wy ubiór.
   – Pro­szę ze mnie wciąż nie kpić, bo to nie wyj­dzie panu na zdro­wie – zde­ner­wo­wał się pod­ko­mi­sarz Łoś. – Jest pan ofi­cjal­nie prze­słu­chi­wa­ny i dla­te­go to ja mogę za­py­tać, co pan robi w tym stro­ju. A je­śli pan mi nie od­po­wie, mogę pana za­trzy­mać za utrud­nia­nie śledz­twa. Ro­zu­mie­my się?
   – No.
   – To co pan robi w tym stro­ju?
   – Pew­nie to pana zdzi­wi, ale bie­gam. Szy­ku­ję się do star­tu w ma­ra­to­nie.
   – Bie­ga­nie to do­bry po­mysł – pod­ko­mi­sarz za­trzy­mał ły­żecz­kę i ode­rwał wzrok od szklan­ki, prze­no­sząc go na prze­słu­chi­wa­ne­go. – Ba­wie­nie się w de­tek­ty­wa dużo gor­szy.
   – Po­ma­gam są­siad­ce.
   – Po co?
   – Może od­kry­łem w so­bie po­wo­ła­nie do by­cia de­tek­ty­wem?
   Pod­ko­mi­sarz Łoś na­krę­cił so­bie wąsa na pa­lec wska­zu­ją­cy pra­wej ręki. Ten Przy­pa­dek go co­raz bar­dziej iry­to­wał, a po­li­cjant nie mógł go w ża­den spo­sób roz­gryźć. Od­po­wia­dał bez­czel­nie, ale na tyle spryt­nie, że w ra­zie cze­go tak na­prawdę Łoś nie mógł­by mu ni­cze­go za­rzu­cić. Tak jak­by był przy­zwy­cza­jo­ny do wy­pro­wa­dza­nia w pole stró­żów pra­wa! Cie­ka­we tyl­ko, jak na­był ta­kie do­świad­cze­nie…
   – Z cze­go pan wła­ści­wie żyje?
   – Mam czte­ry miesz­ka­nia, któ­re wy­naj­mu­ję.
   – A skąd je pan ma?
   – Róż­nie. To, w któ­rym miesz­kam, odzie­dzi­czy­łem po bab­ci, dru­gie do­sta­łem w pre­zen­cie od mo­ich ro­dzi­ców za zda­nie na stu­dia, inne za­pi­sa­ła mi ciot­ka w spad­ku.
   – Ale za dużo pan chy­ba na tym wy­naj­mie nie za­ra­bia?
   – Pan mnie o coś po­dej­rze­wa?
   – Nie, tyl­ko się za­sta­na­wiam, dla­cze­go nas pan tak ocho­czo po­in­for­mo­wał o tej ka­me­rze z apar­ta­men­tow­ca? Może chciał pan od­su­nąć od sie­bie po­dej­rze­nia?
   – Bą­czek to panu pod­po­wie­dział?
   – Dla­cze­go pan tak uwa­ża? – ton gło­su pod­ko­mi­sa­rza Ło­sia stra­cił nie­co na pew­no­ści.
   – Bo sam by pan na to nie wpadł.
   – Czy pan mnie ob­ra­ża?
   – Ra­czej po­ma­gam zła­pać zło­dzie­ja. Bo te ob­ra­zy ukradł Bą­czek i to jego po­wi­nien pan tu prze­słu­chi­wać.
   – Ma pan na to ja­kieś do­wo­dy?
   – Na ra­zie nie, ale jak tyl­ko je znaj­dę, za­dzwo­nię do pana. Bo po na­szej roz­mo­wie już nie mam wąt­pli­wo­ści, że to on jest zło­dzie­jem. Mogę już iść, czy chce mi pan po­sta­wić ja­kieś kon­kret­ne za­rzu­ty?
   – Spie­szy się pan gdzieś?
   – Ko­le­ga obie­cał, że mi dziś po­mo­że wy­jąć ja­kąś dziew­czy­nę. Sam nie mogę na zbyt wie­le li­czyć, więc nie chciał­bym tra­cić oka­zji.
   Łoś przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, jak od­po­wie­dzieć na ko­lej­ną kpi­nę. W koń­cu, nie znaj­du­jąc od­po­wied­nich słów, uznał, że wda­wa­nie się w py­sków­ki z po­dej­rza­nym nie li­cu­je z jego god­no­ścią. Dla­te­go kiw­nął przy­zwa­la­ją­co gło­wą i od­pro­wa­dził wzro­kiem wy­cho­dzą­ce­go Jac­ka. Kie­dy Przy­pa­dek wy­szedł, pod­ko­mi­sarz spoj­rzał na star­sze­go aspi­ran­ta.
   – Smań­ko, czy­ja mu coś pod­po­wie­dzia­łem?
   – Nie za­uwa­ży­łem.
   – To co on gada, że po na­szej roz­mo­wie ma pew­ność, że to ten Bą­czek?
   – Może ble­fu­je?
   – Tak. Pew­nie ble­fu­je, żeby zy­skać na cza­sie. Ale ja w koń­cu się do­wiem, jak on ukradł te ob­ra­zy, i wsa­dzę na­sze­go pana de­tek­ty­wa za krat­ki.

Komentarze czytelników