Tekst ODCINEK 2
był czytany 836 razy
ODCINEK 2
Tego dnia Jacek obudził się w miejscu, w którym najbardziej lubił to robić, czyli we własnym łóżku. Ziewnął i przeciągnął się. Potem przekręcił się na drugi bok, chcąc przytulić osobę, którą spodziewał się zastać z tej strony. Następnie, zdziwiony, że jest już w łóżku sam, podniósł się, opierając na łokciach. Lustrując spojrzeniem pokój, mrużył wciąż powieki nieprzyzwyczajone do światła. Na tle okna dostrzegł pospiesznie ubierającą się młodą kobietę, która wydawała się niezadowolona z jego pobudki.
– Już lecisz? – zapytał z nutą rozczarowania w głosie.
– Trochę się spieszę do redakcji.
– Nie chcesz czegoś zjeść? – jego głos był coraz bardziej rozżalony. – Mogę zrobić jajecznicę – zaproponował.
Kobieta spojrzała na niego odrobinę rozczarowana. Wczoraj nie wyglądał na faceta, dla którego problemem może być fakt, że to będzie tylko jednorazowe spotkanie. Ba, odniosła nawet wrażenie, że niezobowiązująca forma znajomości jest ich obopólnym pragnieniem.
– Byłeś super, ale chyba sobie nie robiłeś nadziei na coś więcej? – dopięła ostatni guzik w swojej garsonce.
– Szczerze mówiąc, Aniu, to myślałem…
– Chyba za bardzo uwierzyłeś w te swoje wróżby z ręki – pogłaskała go po twarzy i pocałowała pożegnalnie w policzek.
– Czyli już więcej się nie zobaczymy? – zapytał z miną zbitego psa Jacek.
– Warszawa to bardzo małe miasto – popatrzyła na niego z litością.
– Zawsze gdzieś możemy na siebie wpaść – powiedziały jej usta, za to oczy dodały: „ale nie liczyłabym na to”.
– Ale…
– Naprawdę się spieszę.
Jacek otworzył szufladę swojej nocnej szafki i wyjął jedną z leżących na wierzchu wizytówek. Wręczył ją Ani.
– Gdybyś zmieniła zdanie, to zadzwoń.
„Boże, co za irytujący gość! – pomyślała. – A Malwina mówiła… Nieważne, nie ma co sobie nim głowy zawracać. Grunt, że wygrałam zakład. Jak zwykle!”
Ania niechętnie wzięła wizytówkę i, nie zaszczyciwszy już jej właściciela nawet spojrzeniem, wyszła. Jacek poczłapał za nią do drzwi i przekręcił w nich zasuwę. Gdy został sam, westchnął z żalem:
– Boże, jacy ludzie są banalnie przewidywalni.
A potem uśmiechnął się radośnie i poszedł do kuchni, żeby zrobić jajecznicę tak, jak najbardziej lubił.
Dla samego siebie.
W chwili, gdy za drzwiami mieszkania należącego do Jacka Przypadka rozpoczynały się przygotowania do śniadania, do kamienicy przy ulicy Koneckiej 40 wchodził pan Antoni Gelberg. W lewej ręce miał stylową, zabytkową laskę, drugą przytrzymywał dużą kreślarską tubę przewieszoną przez prawe ramię. W drzwiach minął się z atrakcyjną kobietą, która podarła właśnie czyjąś wizytówkę, a jej resztki rzuciła niedbale na chodnik. Gdy był już na klatce, tuż przed schodami, zatrzymał się na chwilę i sapnął ciężko.
Wyprawa na czwarte piętro mogła mu się wydawać pewnym wyzwaniem, bo dobiegał sześćdziesiątki. Ale laska w jego ręku była jedynie kamuflażem. Miała tylko dodawać wiarygodności temu, że zatrzymuje się na każdym półpiętrze, sapiąc kilka razy na znak, jak bardzo się zmęczył. Ten postój służył jednak głównie dokładnemu rozejrzeniu się wkoło i sprawdzeniu, czy nikt go nie widzi.
Kiedy był już w połowie między trzecim a czwartym piętrem, z mieszkania numer trzynaście, znajdującego się na wprost schodów, wyszedł jego nowy właściciel. Był to pan Roman Bączek ubrany w pochlapany farbą strój budowlańca. Jego widok na moment stropił antykwariusza. Gdyby był na jednym z niższych pięter, mógłby po prostu ominąć lokatora spod „trzynastki” i pójść spokojnie do góry. Ale w tej sytuacji było to niemożliwe. Dlatego musiał wymyślić błyskawicznie coś innego. Z pomocą przyszedł mu jego niesforny but, który miał skłonność do rozwiązywania się i w tej chwili był również bliski tego stanu. Pan Antoni schylił się, rozwiązał do końca sznurówkę, a następnie starannie zaczął ją zawiązywać.
Pan Bączek również wydawał się być nieco zaskoczony widokiem antykwariusza. Był jednak nowym lokatorem, dlatego nie miał pojęcia, czy ten starszy jegomość nie przyszedł w odwiedziny do kogoś z jego sąsiadów. Postanowił zatem go zignorować. Spokojnie zamknął drzwi i ruszył na dół. Minął Gelberga dość obojętnie i po chwili był już piętro niżej.
Antykwariusz odczekał jeszcze moment, układając symetrycznie na bucie zawiązane sznurowadła. Dopiero gdy osiągnęły one perfekcyjny stan, wyprostował się i rzucił spojrzenie w dół schodów, sprawdzając, czy pan Bączek oddalił się dostatecznie. Następnie wszedł na czwarte piętro i stanął przed drzwiami mieszkania pani Irminy Bamber. Drzwi te wyglądały najsolidniej ze wszystkich na piętrze, a na dodatek były zaopatrzone w dużą ilość zamków. Zapukał do nich energicznie. Bardziej jednak wciąż interesował się tym, czy nikt go nie widzi, niż faktem, czy ktoś mu za chwilę otworzy. Kiedy się upewnił, że żadna para oczu go nie obserwuje, sięgnął do kieszeni po komplet wytrychów i po krótkim namyśle włożył jeden z nich do zamka w drzwiach. Spróbował go przekręcić, jednak bez powodzenia. Wtedy chwycił za klamkę, by poruszyć odrobinę drzwiami i w ten sposób ułatwić pracę wytrycha. Jednak, ku jego zdziwieniu, drzwi otworzyły się całkowicie, zapraszając do wejścia.
„Czyżby zapomniała je zamknąć?” – zdziwił się. Jeszcze raz upewnił się, że nikt go nie widzi, i wszedł do mieszkania pani Irminy Bamber