Tekst ODCINEK 6
był czytany 759 razy
ODCINEK 6
Pan mecenas Fryderyk Przypadek stał przed lustrem i uważnie się przyglądał własnej sylwetce. Mimo że dobiegał już sześćdziesiątki, to wciąż mógł uchodzić za atrakcyjnego mężczyznę. Co gorsza, nie tylko mógł, ale nawet uchodził. I choć od z górą trzydziestu lat pozostawał w szczęśliwym związku ze swoją żoną Felicją, to wciąż nie potrafił powstrzymać się przed wykorzystywaniem swojego męskiego uroku. I to była chyba jedyna cecha łącząca obu panów Przypadków.
Jedną z bardziej różniących ich spraw był ubiór. Pan Fryderyk, dżentelmen starej daty, właściwie nigdzie nie pokazywał się bez garnituru. A już przenigdy by mu nie przyszło do głowy, żeby przyjść na jakiekolwiek spotkanie w stroju sportowym. Dlatego skrzywił się z niesmakiem, kiedy Jacek, wkroczywszy do jego gabinetu, nogę zarzucił na jego biurko i zaczął wykonywać jakieś dziwne ćwiczenia.
Pan Fryderyk, czekając na chwilę, gdy syn zakończy tę gimnastykę, usiadł w swoim fotelu i napił się dwa łyki soku marchwi owego ze szklanki na biurku. Potem jeszcze przebiegł wzrokiem leżącą na blacie ulotkę fitness clubu „Supermen”. Uśmiechnął się na widok wysportowanych pań, które na niej występowały. Później przez moment, coraz bardziej zniecierpliwiony, obracał w dłoni swoją nową komórkę.
– Usiądź wreszcie – rzucił w końcu do syna.
– Nie mogę. Muszę rozciągnąć mięśnie. Inaczej nici z moich przygotowań do maratonu.
– Czy ty naprawdę nie masz zamiaru zająć się w życiu czymś poważnym? Jacek na chwilę przestał rozciągać mięśnie i spojrzał na ojca podejrzliwie.
– To mogłeś mi wypomnieć przy rodzinnym obiedzie.
– Nie chciałem rozmawiać przy matce.
– Rozwodzicie się?
– Ależ skąd! – pan Fryderyk spojrzał na syna z wielkim oburzeniem. Jak on mógł w ogóle coś takiego pomyśleć?! Przecież w rodzinie Przypadków nigdy nie było żadnych rozwodów! – Chodzi o to, że matka wciąż mocno przeżywa te złe recenzje swojego tomiku poezji. A ja ostatnio mam więcej pracy. Dobrze, że nie wie o twoim rozstaniu z Marzeną.
– Mam częściej odwiedzać mamę? – domyślił się Jacek. – W porządku. Tylko nie licz na to, że wrócę na studia.
– Jak chcesz. Ale to by na pewno ucieszyło matkę i podniosło ją na duchu.
– Mamie na tym nie zależy. A ja nie skończę prawa, nie zrobię aplikacji i nie obejmę po tobie kancelarii. I dobrze by było, żeby to wreszcie do ciebie dotarło.
– Niby dlaczego?
– Bo tak ci będzie łatwiej żyć. A tak za każdym razem, kiedy spróbujesz mnie do tego namówić, znów się rozczarujesz. Naprawdę masz ochotę raz na kilka miesięcy przeżywać kolejny zawód?
– Nigdy nie zrozumiem twojego oślego uporu – pan Fryderyk pokręcił głową z niedowierzaniem. – Moglibyśmy wtedy wspólnie pracować, zawsze o tym marzyłem…
– To pomyśl, że wtedy byłoby ci trudniej ukryć każdą nową przyjaciółkę. – Jacek skończył rozciągać nogi i zajął się prostowaniem pleców. – Tę obecną także…
Pan Fryderyk uniósł się z oburzenia na fotelu. Na co ten gówniarz sobie pozwala?!
– Skąd ci to przyszło do głowy?!
– Bo ludzie są banalnie przewidywalni, tato.
– Co ty mówisz?! I przestań mi się przypatrywać z tym swoim ironiczno-dobrotliwo-pobłażliwym wyrazem twarzy! Czy ty wiesz, jak to innych irytuje?! No tak, ale ty się nigdy nie przejmowałeś, że wciąż irytujesz wszystkich ludzi!
– Po prostu przyzwyczaiłem się do tego.
– No to może najwyższy czas się od tego odzwyczaić i nauczyć się pewnych zasad współżycia społecznego. I powiedz mi wreszcie, skąd ci przyszło do głowy, że zdradzam twoją matkę.
– Nie chcę mi się – Jacek ruszył do drzwi, ale zatrzymał się w ostatniej chwili. – No chyba, że obiecasz mi, że przez najbliższy rok słowem nie wspomnisz o moim powrocie na studia.
– Tylko jeśli uznam, że twoje podejrzenia mają jakiś sens. A ponieważ wiem, że są pozbawione sensu…
– Po pierwsze – przerwał mu Jacek – masz dużo pracy i późno wracasz do domu, choć każdy wie, że nie lubisz się przepracowywać.
Jacek potruchtał w kąt gabinetu ojca i wyciągnął stamtąd dwie kilkukilowe hantle.
– Po drugie: trenujesz w pracy. Czyli potrzebujesz lepszej kondycji. Zmieniłeś nawet dietę na zdrowszą – wziął do ręki szklankę z sokiem marchwi owym i wypił ją duszkiem.
– Jestem coraz starszy, muszę o siebie więcej dbać.
– Masz ulotkę z fitness clubu, czyli hantle to za mało.
– To bardzo elegancki fitness club, można tam spotkać odpowiednich ludzi.
– Znaczy jest sporo młodsza, bo potrzebujesz superkondy-cji – Jacek zignorował tłumaczenie ojca. – Po trzecie: masz też drugi telefon, na który dzwoni pewnie tylko ona. Trzymasz go blisko siebie, boisz się wypuścić z ręki, żeby ktoś inny nie zobaczył, kto telefonuje. Pewnie gdy do ciebie dzwoni, gra jakaś piękna muzyka.
Jacek otworzył nagle wielką przeszkloną szafę. Stał tam wspaniały kosz róż składający się na oko z pięćdziesięciu sztuk. Można było powiedzieć, że były krwiście czerwone, ale ich kolor bladł w tej chwili straszliwie, bo nie wytrzymywał konkurencji z obecną barwą twarzy pana Fryderyka.
– To dla twojej mamy – mecenas zdawał sobie sprawę, że jego obrona jest coraz bardziej rozpaczliwa i bezsensowna. Ale nie miał wyjścia, bo praktyka zawodowa podpowiadała mu, że podstawą sukcesu jest trzymanie się kierunku raz obranego kłamstwa.
– Po czwarte: od dziesięciu lat nie dałeś mamie róży. Jesteś sknerą, który nawet nie zatrudnia sekretarki, tylko wykorzystuje do wszystkiego swoją aplikantkę. Hojny robisz się wyłącznie wtedy, gdy w grę wchodzi nowa kobieta. I jak, wciąż marzysz o pracy ze mną?
Zanim mecenas zdążył powiedzieć cokolwiek, komórka na jego biurku zaczęła wygrywać bardzo znane miłosne trele. Jacek uśmiechnął się kpiąco i wyciągnął z kosza jedną z róż, burząc całą misterną konstrukcję. Wyszedł z gabinetu z kwiatem i z szelmowskim uśmiechem wręczył go Marzenie. A potem wybiegł na dobre z kancelarii, pozostawiając jej obydwu pracowników w osłupieniu.
Pan Fryderyk siedział za swoim biurkiem przez kilka minut jak rażony gromem. Nie był nawet w stanie odebrać dzwoniącego wciąż telefonu. Za to aplikantka odzyskała rezon już po chwili. Spojrzała wściekła na różę i wyrzuciła ją do stojącego obok jej biurka kosza na śmieci