Tekst ODCINEK 17
był czytany 887 razy
ODCINEK 17
Zakrapialnia była o tej porze zawsze jeszcze dość pusta. Jej stali bywalcy nie zdążyli wyskoczyć z korporacyjnych mundurków. Ci, którym los oszczędził trudów pracy dla międzynarodowych kapitałów, też przychodzili raczej późniejW tej chwili dopiero powoli kończyli układanie planów świetlistej przyszłości, którą mieli zamiar uszczęśliwić ten kraj. Zresztą, po co się mieli spieszyć, skoro ich sponsorzy stawiający drinki, i wszystko inne, jeszcze tu nie przyszli? Dopiero potem, przy huku ogłuszającej muzyki, będą mogli ich bezkarnie obrażać, wypominając finansowe rozpasanie i brak odpowiedniego zainteresowania kulturą wysoką.
Ale teraz muzyka cicho sączyła się z głośników, co pozwalało prowadzić rozmowę bez konieczności przekrzykiwania się.
– Wiesz, ojciec kazał mi się do siebie upodobnić – wyznał Błażej siedzącemu obok Przypadkowi.
– Jeszcze bardziej? – zapytał nieopatrznie Jacek, tracąc na chwilę rewolucyjną czujność.
– Jak „bardziej”? Przecież my jesteśmy zupełnie niepodobni. On na przykład w ogóle nie ma powodzenia u kobiet – mecenas zauważył coś za plecami Przypadka. – Idzie Marzena.
Jacek odwrócił się i z uśmiechem wstał na widok aplikantki. Chciał ją pocałować w policzek, ale ona delikatnie się uchyliła.
– Cześć – rzuciła sucho. – Pomógł ci pan Ewaryst?
– Umiarkowanie – skrzywił się Jacek. – Uraczył mnie tylko wykładem na temat marnego gustu naszego narodu.
– Pewnie ci mówił, że symetria jest pięknem głupców?
– Dokładnie tak.
„Symetria jest pięknem głupców” przeleciało jeszcze raz przez głowę Przypadka. Tak, w tej jednej chwili zrozumiał, jak bardzo prawdziwe jest to zdanie. I jakim głupcem był wcześniej, gdy tego nie pojmował. Wreszcie do niego dotarło, gdzie tkwi zagadka żyrandola! Że też wcześniej tego nie pojął. A przecież wystarczyło poddać się symetrii.
– Co się stało? – Marzena zauważyła, że Jacka już od dłuższej chwili nie ma w klubie.
– Muszę iść rozwiązać zagadkę. I możesz podziękować znajomemu, bez niego by mi się to nie udało. Na razie.
Ruszył tak szybko w stronę wyjścia, że nie słyszał, jak jego zdezorientowana „narzeczona” wymamrotała:
– Przecież powiedziałeś, że ci pomógł umiarkowanie…
– Marzena.
– Tak, Błażej?
– Wiem, że łamię ci serce, ale wybacz, między nami nic nie może być. Jacek to mój przyjaciel… Gdzie idziesz?
Jacek stał już dobry kwadrans na korytarzu przed swoimi drzwiami, gdy na schodach pojawił się Łoś w asyście aspiranta Smańki. Choć trzeba przyznać, że podkomisarz bardzo się spieszył. Taka okazja przecież nie trafia się często. Podejrzany postanowił sam się przyznać i pokazać miejsce ukrycia swojego łupu! Wprawdzie jeszcze nie tak dawno zgrywał chojraka, ale musiał w końcu zrozumieć, że jego, Łosia, nie jest w stanie przechytrzyć. Stąd pewnie to nagłe załamanie i wieczorny telefon.
– Dobrze, że wreszcie się pan zdecydował – wysapał Łoś. – Może będę mógł panu załatwić łagodniejszy wymiar kary.
– To raczej ja panu mogę załatwić awans.
– Co? Co pan mówi?! Jaki awans? I gdzie pan schował te obrazy?
– Telefonując do pana, powiedziałem jedynie, że chcę się przyznać, iż wiem, gdzie są te obrazy. A nie, że ja je ukradłem czy gdzieś schowałem. Bardzo mi przykro, że się nie zrozumieliśmy.
– Proszę wreszcie przestać ze mnie kpić i powiedzieć. Co pan robi?
– Pukam do mojego sąsiada, który najprawdopodobniej od wielu godzin wciąż wpatruje się w żyrandol.
– Skąd pan to wie?
– Bo ludzie są banalnie przewidywalni, panie podkomisarzu.
Drzwi od lokalu numer trzynaście otworzyły się i ukazał się w nich pan Roman Bączek. Wzrok miał półprzytomny i widać było, że ma za sobą ciężki dzień.
– Czego? – burknął niegrzecznie.
– Bardzo pana przepraszamy, ale ktoś chyba z nas sobie zakpił – Łoś zmierzył Jacka wyjątkowo ciężkim spojrzeniem. – Obiecuję jednak, że sobie z tym kimś poważnie porozmawiamy i nie wypuścimy go do rana – chciał pociągnąć Jacka za rękę.
– A nie chciałby pan najpierw odnaleźć tych obrazów? – zapytał Przypadek. – Są tak blisko, tuż za ścianą – wskazał na otwarte drzwi, w których stał Bączek.
– Pan już całkiem oszalał. Przecież tam niedawno były gołe ściany. Gdzie pan Bączek miał je niby ukryć? W żyrandolu?
– W pewnym sensie.
– No to już przechodzi ludzkie pojęcie. Najpierw oskarża mnie ta stara głupia baba, a teraz pewnie jeszcze on. Chyba sprzedam to mieszanie, bo inaczej będą mi zatruwać życie do śmierci – westchnął ciężko. – Ja to nie mam szczęścia do sąsiadów.
– Może jednak wejdziemy? – spytał Przypadek wciąż wahającego się Łosia. – Mogę panu obiecać, że jeśli nie znajdziemy tam obrazów, osobiście poproszę prokuratora o dwa lata więzienia dla mnie.
Propozycja była zbyt kusząca, żeby podkomisarz potrafił się jej oprzeć. Po chwili wszyscy stanęli pośrodku wielkiego pokoju, umeblowanego już niemal kompletnie, i czekającego tylko na wprowadzenie się Kołeckiego. Jacek uśmiechał się tajemniczo, zaś pozostała trójka patrzyła na niego zniecierpliwiona.
– No i? – podkomisarz Łoś rozejrzał się bezradnie po pomieszczeniu. – Może mnie pan oświeci, panie detektywie?
– Ostatnio pewna osoba powiedziała mi, że symetria jest pięknem głupców. Ale nie da się ukryć, że gdy buduje się mieszkania, rozsądnie jest z tego piękna korzystać.
– Co pan mi tu opowiada?
- Niech pan spojrzy na żyrandol, panie podkomisarzu.
Wszystkie oczy skierowały się w tamtą stronę. Również Bączka, który nadal nie pojmował, jak mógł zdradzić go żyrandol, którego nawet nie dotykał?!
– No i co? – wzruszył ramionami komisarz. – Żyrandol jak żyrandol.
– To prawda. Za to umieszczony dość dziwnie. Po to żeby pokój był najlepiej oświetlony, żyrandole umieszcza się zawsze symetrycznie pośrodku pokoju. Ale ten jest wyraźnie bliżej tej ściany.
– Rzeczywiście – zauważył ze zdziwieniem podkomisarz Łoś. – Ale co to oznacza?
– To, że ściana została w pewien sposób przesunięta. I zapewne za nią są schowane obrazy, które zniknęły z mieszkania pani Irminy. Schował je tu pan Bączek jako lokatę kapitału. Wiedział, że szybko ich nie sprzeda. Ale on jest cierpliwy. Za kilka lat by je spokojnie wyciągnął, wtedy być może nie byłyby już tak intensywnie poszukiwane. Są tam pewnie też klucze, które dorobił do mieszkania pani Irminy. Stąd brak śladów włamania.
– Chyba pan mu nie wierzy? – blady Bączek próbował się uśmiechnąć. – To po prostu zwykła niedoróbka budowlana.
– Niestety, panie Bączek, te kamienice były budowane wtedy, kiedy nie istniało takie pojęcie – pokiwał głową Przypadek. – Wystarczy zresztą sprawdzić dla porównania ściany piętro niżej. A potem rozkuć tę pana ścianę.
– Nie zgadzam się!
– Chyba będzie lepiej, żeby pan oszczędził panu komisarzowi fatygi i sprowadzania drogiego sprzętu do prześwietlenia tej ściany? No i jak, panie podkomisarzu, wierzy pan mnie czy panu Bączkowi?
Łoś nie miał wątpliwości, że Jacek ma rację. Wystarczyło tylko spojrzeć na Bączka, który po krótkim okresie bladości zrobił się czerwony na twarzy, a potem spocił się jak bura mysz. Podkomisarz nie chciał jednak tego przyznać tak od razu i wprost. Dlatego najpierw zmierzył jeszcze tylko krokami odległość żyrandola od dwóch ścian, a następnie spojrzał z pogardą na winowajcę, dając mu do zrozumienia, że osobiście go rozgryzł i ma zamiar aresztować. Bączek w jednej chwili skurczył się o dobrych kilka centymetrów i stwierdził cichutko:
– To wszystko przez to, że nigdy nie miałem szczęścia do sąsiadów.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Tak kończy się pierwsza zagadka rozwiązana przez mojego detektywa. Dwie pozostałe, "Listonosz przychodzi zawsze dwa razy" i "Człowiek, który się nie uśmiechał" są do przeczytania w tomie "Pan Przypadek i trzynastka"