Ta witryna wykorzystuje pliki cookies do przechowywania informacji na Twoim komputerze. Bez nich strona nie będzie działała poprawnie. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień dotyczących cookies.
42071 osoby czytały to 593445 razy. Teraz jest 5 osób

ODCINEK 17

   Zakra­pial­nia była o tej po­rze za­wsze jesz­cze dość pu­sta. Jej sta­li by­wal­cy nie zdą­ży­li wy­sko­czyć z kor­po­ra­cyj­nych mun­dur­ków. Ci, któ­rym los oszczę­dził tru­dów pra­cy dla mię­dzy­na­ro­do­wych ka­pi­ta­łów, też przy­cho­dzi­li ra­czej póź­niejW tej chwi­li do­pie­ro po­wo­li koń­czy­li ukła­da­nie pla­nów świe­tli­stej przy­szło­ści, któ­rą mie­li za­miar uszczę­śli­wić ten kraj. Zresz­tą, po co się mie­li spie­szyć, sko­ro ich spon­so­rzy sta­wia­ją­cy drin­ki, i wszyst­ko inne, jesz­cze tu nie przy­szli? Do­pie­ro po­tem, przy huku ogłu­sza­ją­cej mu­zy­ki, będą mo­gli ich bez­kar­nie ob­ra­żać, wy­po­mi­na­jąc fi­nan­so­we roz­pa­sa­nie i brak od­po­wied­nie­go za­in­te­re­so­wa­nia kul­tu­rą wy­so­ką.
Ale te­raz mu­zy­ka ci­cho są­czy­ła się z gło­śni­ków, co po­zwa­la­ło pro­wa­dzić roz­mo­wę bez ko­niecz­no­ści prze­krzy­ki­wa­nia się.
– Wiesz, oj­ciec ka­zał mi się do sie­bie upodob­nić – wy­znał Bła­żej sie­dzą­ce­mu obok Przy­pad­ko­wi.
– Jesz­cze bar­dziej? – za­py­tał nie­opatrz­nie Ja­cek, tra­cąc na chwi­lę re­wo­lu­cyj­ną czuj­ność.
– Jak „bar­dziej”? Prze­cież my je­ste­śmy zu­peł­nie nie­po­dob­ni. On na przy­kład w ogó­le nie ma po­wo­dze­nia u ko­biet – me­ce­nas za­uwa­żył coś za ple­ca­mi Przy­pad­ka. – Idzie Ma­rze­na.
Ja­cek od­wró­cił się i z uśmie­chem wstał na wi­dok apli­kant­ki. Chciał ją po­ca­ło­wać w po­li­czek, ale ona de­li­kat­nie się uchy­li­ła.
– Cześć – rzu­ci­ła su­cho. – Po­mógł ci pan Ewa­ryst?
– Umiar­ko­wa­nie – skrzy­wił się Ja­cek. – Ura­czył mnie tyl­ko wy­kła­dem na te­mat mar­ne­go gu­stu na­sze­go na­ro­du.
– Pew­nie ci mó­wił, że sy­me­tria jest pięk­nem głup­ców?
– Do­kład­nie tak.
„Sy­me­tria jest pięk­nem głup­ców” prze­le­cia­ło jesz­cze raz przez gło­wę Przy­pad­ka. Tak, w tej jed­nej chwi­li zro­zu­miał, jak bar­dzo praw­dzi­we jest to zda­nie. I ja­kim głup­cem był wcze­śniej, gdy tego nie poj­mo­wał. Wresz­cie do nie­go do­tar­ło, gdzie tkwi za­gad­ka ży­ran­do­la! Że też wcze­śniej tego nie po­jął. A prze­cież wy­star­czy­ło pod­dać się sy­me­trii.
– Co się sta­ło? – Ma­rze­na za­uwa­ży­ła, że Jac­ka już od dłuż­szej chwi­li nie ma w klu­bie.
– Mu­szę iść roz­wią­zać za­gad­kę. I mo­żesz po­dzię­ko­wać zna­jo­me­mu, bez nie­go by mi się to nie uda­ło. Na ra­zie.
Ru­szył tak szyb­ko w stro­nę wyj­ścia, że nie sły­szał, jak jego zdez­o­rien­to­wa­na „na­rze­czo­na” wy­mam­ro­ta­ła:
– Prze­cież po­wie­dzia­łeś, że ci po­mógł umiar­ko­wa­nie…
– Ma­rze­na.
– Tak, Bła­żej?
– Wiem, że ła­mię ci ser­ce, ale wy­bacz, mię­dzy nami nic nie może być. Ja­cek to mój przy­ja­ciel… Gdzie idziesz?
 
Jacek stał już do­bry kwa­drans na ko­ry­ta­rzu przed swo­imi drzwia­mi, gdy na scho­dach po­ja­wił się Łoś w asy­ście aspi­ran­ta Smań­ki. Choć trze­ba przy­znać, że pod­ko­mi­sarz bar­dzo się spie­szył. Taka oka­zja prze­cież nie tra­fia się czę­sto. Po­dej­rza­ny po­sta­no­wił sam się przy­znać i po­ka­zać miej­sce ukry­cia swo­je­go łupu! Wpraw­dzie jesz­cze nie tak daw­no zgry­wał choj­ra­ka, ale mu­siał w koń­cu zro­zu­mieć, że jego, Ło­sia, nie jest w sta­nie prze­chy­trzyć. Stąd pew­nie to na­głe za­ła­ma­nie i wie­czor­ny te­le­fon.
– Do­brze, że wresz­cie się pan zde­cy­do­wał – wy­sa­pał Łoś. – Może będę mógł panu za­ła­twić ła­god­niej­szy wy­miar kary.
– To ra­czej ja panu mogę za­ła­twić awans.
– Co? Co pan mówi?! Jaki awans? I gdzie pan scho­wał te ob­ra­zy?
– Te­le­fo­nu­jąc do pana, po­wie­dzia­łem je­dy­nie, że chcę się przy­znać, iż wiem, gdzie są te ob­ra­zy. A nie, że ja je ukra­dłem czy gdzieś scho­wa­łem. Bar­dzo mi przy­kro, że się nie zro­zu­mie­li­śmy.
– Pro­szę wresz­cie prze­stać ze mnie kpić i po­wie­dzieć. Co pan robi?
– Pu­kam do mo­je­go są­sia­da, któ­ry naj­praw­do­po­dob­niej od wie­lu go­dzin wciąż wpa­tru­je się w ży­ran­dol.
– Skąd pan to wie?
– Bo lu­dzie są ba­nal­nie prze­wi­dy­wal­ni, pa­nie pod­ko­mi­sa­rzu.
Drzwi od lo­ka­lu nu­mer trzy­na­ście otwo­rzy­ły się i uka­zał się w nich pan Ro­man Bą­czek. Wzrok miał pół­przy­tom­ny i wi­dać było, że ma za sobą cięż­ki dzień.
– Cze­go? – burk­nął nie­grzecz­nie.
– Bar­dzo pana prze­pra­sza­my, ale ktoś chy­ba z nas so­bie za­kpił – Łoś zmie­rzył Jac­ka wy­jąt­ko­wo cięż­kim spoj­rze­niem. – Obie­cu­ję jed­nak, że so­bie z tym kimś po­waż­nie po­roz­ma­wia­my i nie wy­pu­ści­my go do rana – chciał po­cią­gnąć Jac­ka za rękę.
– A nie chciał­by pan naj­pierw od­na­leźć tych ob­ra­zów? – za­py­tał Przy­pa­dek. – Są tak bli­sko, tuż za ścia­ną – wska­zał na otwar­te drzwi, w któ­rych stał Bą­czek.
– Pan już cał­kiem osza­lał. Prze­cież tam nie­daw­no były gołe ścia­ny. Gdzie pan Bą­czek miał je niby ukryć? W ży­ran­do­lu?
– W pew­nym sen­sie.
– No to już prze­cho­dzi ludz­kie po­ję­cie. Naj­pierw oskar­ża mnie ta sta­ra głu­pia baba, a te­raz pew­nie jesz­cze on. Chy­ba sprze­dam to mie­sza­nie, bo in­a­czej będą mi za­tru­wać ży­cie do śmier­ci – wes­tchnął cięż­ko. – Ja to nie mam szczę­ścia do są­sia­dów.
– Może jed­nak wej­dzie­my? – spy­tał Przy­pa­dek wciąż wa­ha­ją­ce­go się Ło­sia. – Mogę panu obie­cać, że je­śli nie znaj­dzie­my tam ob­ra­zów, oso­bi­ście po­pro­szę pro­ku­ra­to­ra o dwa lata wię­zie­nia dla mnie.
Pro­po­zy­cja była zbyt ku­szą­ca, żeby pod­ko­mi­sarz po­tra­fił się jej oprzeć. Po chwi­li wszy­scy sta­nę­li po­środ­ku wiel­kie­go po­ko­ju, ume­blo­wa­ne­go już nie­mal kom­plet­nie, i cze­ka­ją­ce­go tyl­ko na wpro­wa­dze­nie się Ko­łec­kie­go. Ja­cek uśmie­chał się ta­jem­ni­czo, zaś po­zo­sta­ła trój­ka pa­trzy­ła na nie­go znie­cier­pli­wio­na.
– No i? – pod­ko­mi­sarz Łoś ro­zej­rzał się bez­rad­nie po po­miesz­cze­niu. – Może mnie pan oświe­ci, pa­nie de­tek­ty­wie?
– Ostat­nio pew­na oso­ba po­wie­dzia­ła mi, że sy­me­tria jest pięk­nem głup­ców. Ale nie da się ukryć, że gdy bu­du­je się miesz­ka­nia, roz­sąd­nie jest z tego pięk­na ko­rzy­stać.
– Co pan mi tu opo­wia­da?
- Niech pan spoj­rzy na ży­ran­dol, pa­nie pod­ko­mi­sa­rzu.
Wszyst­kie oczy skie­ro­wa­ły się w tam­tą stro­nę. Rów­nież Bącz­ka, któ­ry nadal nie poj­mo­wał, jak mógł zdra­dzić go ży­ran­dol, któ­re­go na­wet nie do­ty­kał?!
– No i co? – wzru­szył ra­mio­na­mi ko­mi­sarz. – Ży­ran­dol jak ży­ran­dol.
– To praw­da. Za to umiesz­czo­ny dość dziw­nie. Po to żeby po­kój był naj­le­piej oświe­tlo­ny, ży­ran­do­le umiesz­cza się za­wsze sy­me­trycz­nie po­środ­ku po­ko­ju. Ale ten jest wy­raź­nie bli­żej tej ścia­ny.
– Rze­czy­wi­ście – za­uwa­żył ze zdzi­wie­niem pod­ko­mi­sarz Łoś. – Ale co to ozna­cza?
– To, że ścia­na zo­sta­ła w pe­wien spo­sób prze­su­nię­ta. I za­pew­ne za nią są scho­wa­ne ob­ra­zy, któ­re znik­nę­ły z miesz­ka­nia pani Ir­mi­ny. Scho­wał je tu pan Bą­czek jako lo­ka­tę ka­pi­ta­łu. Wie­dział, że szyb­ko ich nie sprze­da. Ale on jest cier­pli­wy. Za kil­ka lat by je spo­koj­nie wy­cią­gnął, wte­dy być może nie by­ły­by już tak in­ten­syw­nie po­szu­ki­wa­ne. Są tam pew­nie też klu­cze, któ­re do­ro­bił do miesz­ka­nia pani Ir­mi­ny. Stąd brak śla­dów wła­ma­nia.
– Chy­ba pan mu nie wie­rzy? – bla­dy Bą­czek pró­bo­wał się uśmiech­nąć. – To po pro­stu zwy­kła nie­do­rób­ka bu­dow­la­na.
– Nie­ste­ty, pa­nie Bą­czek, te ka­mie­ni­ce były bu­do­wa­ne wte­dy, kie­dy nie ist­nia­ło ta­kie po­ję­cie – po­ki­wał gło­wą Przy­pa­dek. – Wy­star­czy zresz­tą spraw­dzić dla po­rów­na­nia ścia­ny pię­tro ni­żej. A po­tem roz­kuć tę pana ścia­nę.
– Nie zga­dzam się!
– Chy­ba bę­dzie le­piej, żeby pan oszczę­dził panu ko­mi­sa­rzo­wi fa­ty­gi i spro­wa­dza­nia dro­gie­go sprzę­tu do prze­świe­tle­nia tej ścia­ny? No i jak, pa­nie pod­ko­mi­sa­rzu, wie­rzy pan mnie czy panu Bącz­ko­wi?
Łoś nie miał wąt­pli­wo­ści, że Ja­cek ma ra­cję. Wy­star­czy­ło tyl­ko spoj­rzeć na Bącz­ka, któ­ry po krót­kim okre­sie bla­do­ści zro­bił się czer­wo­ny na twa­rzy, a po­tem spo­cił się jak bura mysz. Pod­ko­mi­sarz nie chciał jed­nak tego przy­znać tak od razu i wprost. Dla­te­go naj­pierw zmie­rzył jesz­cze tyl­ko kro­ka­mi od­le­głość ży­ran­do­la od dwóch ścian, a na­stęp­nie spoj­rzał z po­gar­dą na wi­no­waj­cę, da­jąc mu do zro­zu­mie­nia, że oso­bi­ście go roz­gryzł i ma za­miar aresz­to­wać. Bą­czek w jed­nej chwi­li skur­czył się o do­brych kil­ka cen­ty­me­trów i stwier­dził ci­chut­ko:
– To wszyst­ko przez to, że nig­dy nie mia­łem szczę­ścia do są­sia­dów.
   

XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
   

Tak kończy się pierwsza zagadka rozwiązana przez mojego detektywa. Dwie pozostałe, "Listonosz przychodzi zawsze dwa razy" i "Człowiek, który się nie uśmiechał" są do przeczytania w tomie "Pan Przypadek i trzynastka" 
    

Komentarze czytelników