Tekst ODCINEK 10
był czytany 745 razy
ODCINEK 10
Na telewizorze w pokoju przesłuchań komendy przy Madalińskiego widać było czarno-białe nagranie z kamery w apartamentowcu. Mimo że nagranie pochodziło z dość późnej godziny, dzięki ulicznym latarniom łatwo było na nim rozpoznać większość szczegółów. Na przykład to, że jedna z lokatorek apartamentowca nie ma zamiaru sprzątać kupy po swoim psie, tylko uważnie rozgląda się, czy nikt nie widział, że to jej Pimpuś narobił. Albo to, że jakiś pasjonat motoryzacji w kapturze idzie wzdłuż ulicy i uważnie przygląda się oknom samochodów, sprawdzając, czy wszystkie są dobrze zamknięte. Oraz to, że w tej chwili młody mężczyzna opuszcza kamienicę przy ulicy Koneckiej 40 z dużych rozmiarów walizką. Kiedy zniknął z zasięgu widoku kamery, podkomisarz Łoś zatrzymał wideo.
– No i co, panie Bamber, mam to panu puścić czwarty raz, czy w końcu powie pan, gdzie są te obrazy? – policjant przeszył wzrokiem swojego aresztanta.
– Już mówiłem, nic nie ukradłem mojej babci.
– To co pan wynosił z kamienicy w tej wielkiej walizce?
– Inne drobiazgi, które babcia pozwoliła mi sprzedać na pokrycie moich długów.
– Drobiazgi? – podkomisarz uśmiechnął się ironicznie. – W takiej wielkiej walizce?
– Było ich sporo.
– Aha. I pewnie były sporo warte, skoro miały pokryć pańskie długi… Tak à propos, dużo ma pan tych karcianych długów?
– To nie są karciane długi. Pożyczyłem na pewien interes, który, niestety, nie wypalił.
– A dużo pan pożyczył?
– To nie pańska sprawa. Zaciągnąłem ten dług u prywatnych, życzliwych mi osób.
– I jedną z tych życzliwych osób jest pan Klempuch?
– Być może.
– Panie Bamber, my doskonale wiemy, jaki życzliwy potrafi być pan Klempuch i jaki procent sobie za tę swoją życzliwość liczy. Jak znam życie i tych, którzy od niego coś pożyczyli, to pewnie jest pan zadłużony po uszy. I żadne drobiazgi pana babci nie pozwoliłyby panu go spłacić. Za to obrazy to co innego. Domyślamy się, że pan Klempuch jest w posiadaniu dużej, prywatnej kolekcji malarstwa, choć, niestety, nie możemy jej namierzyć. I wiemy, że obrazy to właściwie jego jedyna słabość. Gdyby zaproponował mu pan wejście w posiadanie takich, które nie są na sprzedaż, z pewnością spojrzałby życzliwiej na pana zadłużenie i być może w ogóle by pana zwolnił ze spłaty.
– Pana podejrzenia obrażają moją godność – Bamber wstał zdenerwowany. – Nigdy bym nie okradł mojej babci! To jest dla mnie najważniejsza osoba w życiu.
– A ja myślę, że karty są dla pana ważniejsze. I to dlatego zdecydował się pan okraść swoją babcię. Tylko nie wiedział pan o tej kamerze w apartamentowcu. No i dlatego musiał pan potem spróbować ukraść to nagranie. Oj, nie ucieszy się pana babcia po wyjściu ze szpitala, nie ucieszy się.
Przypadek lubił czasem podkreślać swój konserwatyzm i przywiązanie do tradycji. Przy czym były to zwykle tradycje mające swoje korzenie w nieodległej przeszłości. Ale to nie przeszkadzało Jackowi trzymać się ich w sposób konserwatywny. Obrażał się nawet na osoby, które chciałyby go namówić na zmianę kilkudniowych przyzwyczajeń i nie rozumiały, że nawet tak krótka tradycja może być bardzo ważną sprawą. A już tradycja sięgająca sześciu lat była dla Jacka rzeczą niezwykle istotną. Dlatego mimo ciężkiej nocy zrobił wszystko, aby o szóstej po południu być już w formie. Ubrał się zadowolony w swój strój treningowy i, nie oczekując przeszkód na swej drodze, otworzył drzwi. I pewnie pobiegł – by jak zwykle, gdyby nie to, że na piętrze zastał nieoczekiwanego gościa, który od kilku minut zastanawiał się: „zapukać czy zadzwonić?”.
– Ładnie wyglądasz – z niekłamaną przyjemnością zajrzał w głęboki dekolt sukienki pani redaktor Anny Sobani. Jego spojrzenie sprawiło przyjemność również obdarowanej.
– Nie zaprosisz mnie do środka?
– Trochę się spieszę. Szkoda, że nie zadzwoniłaś wcześniej.
– Zgubiłam twój numer. Chciałeś się spotkać.
– Ty raczej nie chciałaś.
– Po prostu się przestraszyłam. Mam złe doświadczenia z mężczyznami, którzy są w innych związkach. A ty masz przecież narzeczoną.
Pani redaktor była lekko zniecierpliwiona, by nie powiedzieć zirytowana, przedłużającym się wstępem. Dlatego przysunęła się zachęcająco w stronę Jacka i znalazła się właściwie już w progach jego mieszkania. Za to Jacek wyszedł na zewnątrz i wyraźnie chciał zamknąć drzwi.
– Sporo o mnie wiesz.
– Jestem dziennikarką śledczą. Potrafię zdobywać informacje.
– Rozumiem. Ale… Ja przemyślałem parę spraw i wiem, że ta noc to był błąd – Jacek pociągnął Anię za łokieć, wystawiając ją na korytarz.
– Błąd?! – redaktor Sobania jeszcze nigdy w życiu nie słyszała, żeby noc z nią miała być błędem. – Jesteś pewien?
– Tak. Wiesz, wtedy… Mój związek przechodził kryzys. Ale teraz już wiem, że muszę o niego walczyć – zamknął maleńkim kluczem drzwi i schował go do minikieszonki w spodniach. – Oczywiście, możemy zostać przyjaciółmi. Zadzwoń jeszcze kiedyś.
– Ale… Zgubiłam twój numer.
– Dasz sobie radę. W końcu jesteś dziennikarką śledczą i potrafisz zdobywać informacje. Muszę lecieć.
Jacek błyskawicznie znalazł się na półpiętrze, gdzie zobaczył panią Irminę. Przez moment wydawało się, że pani Irmina chce go zatrzymać, ale gdy tylko zobaczyła Anię, zapytała krótko:
– Wpadniesz po treningu?
– Oczywiście – odpowiedź padła już z piętra niżej.
Pani Irmina podeszła do swoich drzwi, wyjęła klucz i wsadziła go do zamka. Ukradkiem przyglądała się Ani, która, wciąż oniemiała, nie bardzo wiedziała, co ma zrobić.
– Ciężko za nim nadążyć, bezwarunkowo – uśmiechnęła się ironicznie pani Bamber, otwierając drzwi swojego mieszkania. – Ciągle w biegu.
„O co tu chodzi? – zastanawiała się pani redaktor. – Nigdy mi się coś takiego nie zdarzyło! Właściwie czym ja się przejmuję? Zrobił dupek skok w bok, a teraz chce wracać do narzeczonej. Powinnam go tylko ukarać i postarać się, żeby ona się o wszystkim dowiedziała. Ale ten zakład z Malwiną… Nie mogę go przegrać. Przecież zawsze z nią wygrywałam! No dobrze, panie Przypadek. Niech pan sobie nie myśli, że mnie się tak łatwo pozbędzie. Nie minie miesiąc i będzie pan zakochany po uszy! A wtedy ja…”.