Tekst ODCINEK 13
był czytany 778 razy
ODCINEK 13
Przypadek wiedział dobrze, że jest osobnikiem bardzo ograniczonym i sztuka nowoczesna nie jest w stanie do niego dotrzeć. Po prostu obydwie strony używały różnych sposobów wyrażania emocji. Dlatego Jacek nawet nie próbował złapać z nią kontaktu, bo nie wierzył w możliwość nawiązania choćby najmniejszejnici porozumienia. Z tego też względu, znalazłszy się w galerii sztuki nowoczesnej, mógł tylko z rozbawieniem patrzyć na znajdujące się tam dzieła.
Ponieważ jednak rzadko ktoś tutaj wpadał (szczególnie tak wcześnie rano), właściciel tego miejsca, pan Ewaryst Rost, podszedł do niego z odrobiną nadziei. Zerknąwszy na niego, Jacek nie mógł mieć wątpliwości, że ma przed sobą wielkiego fana sztuki nowoczesnej. Marszand wyglądał, jakby zaprojektował go futurysta. Różnej długości nogawki spodni, szkła okularów w dwóch kolorach oraz marynarka po młodszym bracie znakomicie komponowały się z otoczeniem.
– Coś pana szczególnie zainteresowało? – zapytał marszand.
– Niestety, to wszystko nie jest w moim typie. Jestem konserwatystą.
– Aaaaa tak. Symetria, symetria i jeszcze raz symetria – mina Ewarysta Rosta wydłużyła się i uniosła ponad Jacka. – Wszystko poukładane, na swoim miejscu, bez odrobiny artystycznego szaleństwa. Taka jest większość tego społeczeństwa, dlatego niemal muszę dokładać do tego interesu. A moja galeria sztuki nowoczesnej jest druga co do wielkości w tym kraju! – uniósł z oburzeniem wzrok w stronę nieba. Po chwili przypomniał sobie, że nie wierzy w to, aby posiadało ono jakichś mieszkańców, więc spojrzał z powrotem na Jacka. – W Nowym Jorku właściciel setnej galerii jest bogatym człowiekiem, a ja muszę się poruszać pięcioletnim samochodem. Ale tam ludzie znają się na prawdziwej, nowoczesnej sztuce. Tam nie rządzi symetria. Bo symetria jest pięknem głupców, proszę pana! – ponownie uniósł się oburzeniem, ale tym razem nie odrywał wzroku od Jacka. – Ale właściwie to po co pan tu zajrzał?
– Przysłała mnie pani Marzena Kolska.
– Ach, pani Marzena – oblicze marszanda rozpromieniło się. – Zachwycająca kobieta i wydaje się rozumieć, czym jest prawdziwa sztuka. Pan, zdaje się, chciał zasięgnąć wiadomości o niejakim Gelbergu? – Jacek kiwnął potakująco głową. – On jest raczej antykwariuszem, choć działa też na rynku sztuki, ale bardziej konserwatywnej – spojrzał wymownie na Jacka. – Dlatego trudno mi powiedzieć o nim coś dokładnego. Ale słyszałem, że miał jakieś problemy z prawem. Kiedyś podobno oddał klientowi zamiast oryginału kopię obrazu, którego nie sprzedał. W każdym razie nie cieszy się dobrą opinią.
– A dałoby się namierzyć taki obraz Malczewskiego? – Jacek sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Wyjął stamtąd niewielką fotografię i podał ją marszandowi.
– Słyszałem, że ktoś ostatnio ukradł ten i jeszcze trzy inne – właściciel galerii tylko zerknął na fotografię i o wiele uważniej przyglądał się Jackowi. – Prędko raczej nie wypłyną. Mówi się, że to była kradzież na zlecenie, bo to zbyt charakterystyczne rzeczy. No chyba, że ktoś ma czas i może poczekać kilka lat, aż sprawa przycichnie, i wtedy to sprzeda.
– Rozumiem. A czy coś jeszcze się mówi?
– Nic pewnego. Ktoś podobno zamówił wcześniej bardzo dobre kopie tych obrazów.
– Czy tym kimś mógł być Gelberg?
– Tak dokładnych informacji nie posiadam.
– Dziękuję za pomoc.
– Nie ma za co. I niech pan pamięta: symetria to piękno głupców. – Będę pamiętał.
Gdyby ktoś zastanawiał się kiedyś, jak wygląda pan Jędrzej Sakowicz, wystarczyłaby do tego fotografia jego syna. Co prawda, należałoby skronie lekko przyprószyć siwizną i dodać kilka kilogramów, ale cała reszta pozostałaby bez najmniejszej zmiany. Gdyby zaś ktoś chciał odróżnić przez telefon, z którym z panów Sakowiczów ma akurat do czynienia, byłoby to w pierwszej chwili zadanie ponad siły niewprawnego ludzkiego ucha. Dlatego też jeśli pukający do drzwi gabinetu pana Jędrzeja wiedział, że usłyszał „proszę” od niego samego, a nie od syna, mogło wynikać tylko i wyłącznie z jednego faktu. Tym pukającym musiał być sam Błażej i przez to mógł być pewien, że to nie on owo „proszę” powiedział.
– Chciał ze mną tata rozmawiać?
– Proszę cię, spocznij, mój drogi – pan Jędrzej sięgnął po fajkę i zaczął nabijać ją swoim ulubionym tytoniem. Błażej usiadł przed ojcem. Przez kolejną minutę musiał znosić ciężkie spojrzenie, jakim obdarzył go Sakowicz senior, dokładnie lustrujący każdy centymetr ciała swojego potomka. – Chciałbym wiedzieć… – odezwał się wreszcie pan Jędrzej. - Chciałbym wiedzieć, dlaczego ty jesteś do mnie w ogóle niepodobny?
Błażej, wbrew temu, co mógłby sądzić postronny obserwator, nie był specjalnie zaskoczony tym pytaniem. Wprawdzie po początkowym opisie takowy obserwator mógłby odnieść wrażenie, że panowie są niemal tacy sami. Jednak oni uważali, że różnią się od siebie w sposób diametralny.
– Przecież nie możemy być identyczni – odpowiedział spokojnie Błażej. A ponieważ ojciec skończył już nabijać fajkę, sięgnął po tytoń leżący na jego biurku i wyjął z kieszeni marynarki swoją fajkę.
– Identyczni? – Sakowicz senior zaciągnął się fajką i zaśmiał się tubalnie. – Ja nie wymagam od ciebie, żebyś był identyczny jak ja, bo zdaję sobie sprawę, że to mogłoby przekraczać twoje możliwości. Mnie by wystarczyło, żebyś był do mnie podobny chociaż w tym, że nie wracasz późno do domu i nie przebywasz w nieodpowiednim towarzystwie.
– Jakim nieodpowiednim? – Błażej pochylił się w stronę ojca, który przypalił mu fajkę.
– Przypadkowym, że tak powiem – pan Jędrzej dał wyraźnie do zrozumienia, kogo ma na myśli.
– Ale ja się przecież znam z Jackiem od dziecka.
– I najwyższy czas zakończyć tę znajomość. To zwykły bawidamek, bez żadnych widoków na przyszłość. Rozmawiałem ostatnio z jego ojcem i jestem przerażony.
– On nie robi nic złego…
Błażej urwał, bo odezwał się dźwięk telefonu komórkowego. Obydwaj panowie, jak na komendę, przeszukali najpierw lewą kieszeń, potem prawą, wreszcie we wnętrzną kieszeń w swoich marynarkach. Stamtąd obaj wydobyli wreszcie identyczne aparaty. Tym razem dzwonił telefon Błażeja.
– Przepraszam, tato… No, cześć… Co? W co ty mnie chcesz wrobić? Jakim detektywem, oszalałeś? – Błażej spojrzał speszony na ojca. – Oddzwonię później – rozłączył się.
– Jak domyślam się, to on? – pan Jędrzej wydmuchał bardzo znaczący kłąb dymu. – Coś mi się już obiło o uszy, że on ma zamiar być jakimś detektywem. Ta jego Bamber rozpowiada o tym głośno.
– Widzisz coś w tym złego?
– Czy taki zawód może wykonywać ktoś poważny i odpowiedzialny?
– Ale, tato…
– Nie przerywaj mi! Uważam, że czas już najwyższy, żebyś się ustatkował i upodobnił się choć trochę do mnie!