Ta witryna wykorzystuje pliki cookies do przechowywania informacji na Twoim komputerze. Bez nich strona nie będzie działała poprawnie. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień dotyczących cookies.
42073 osoby czytały to 593452 razy. Teraz jest 7 osób

ODCINEK 11

   - Długo tak jesz­cze sta­ła? – za­py­tał Ja­cek pani Ir­mi­ny, gdy wró­cił z wie­czor­ne­go tre­nin­gu. W obec­nej chwi­li, opie­ra­jąc się o ko­mo­dę star­szej pani, wy­ko­ny­wał ćwi­cze­nie roz­cią­ga­ją­ce.
   – Kil­ka do­brych mi­nut. Mu­sia­łeś na niej zro­bić pio­ru­nu­ją­ce wra­że­nie. Kto to był?
   – Nikt waż­ny – Ja­cek mach­nął lek­ce­wa­żą­co ręką. – Ma pani do mnie ja­kąś spra­wę?
   – Tak. Za­mknę­li Woj­tu­sia, bo uwa­ża­ją, że on to zro­bił – wy­zna­ła smut­no pani Ir­mi­na, wska­zu­jąc pu­ste miej­sca na ścia­nach.-W tam­tej no­wej ka­mie­ni­cy jest ka­me­ra i na­gra­ła go, jak wy­cho­dził z na­szej bra­my z tą wiel­ką wa­li­zą – wska­za­ła wa­liz­kę sto­ją­cą obok ko­mo­dy. – Ja wiem, to był za­wsze strasz­ny utra­cjusz, kar­ciarz i sza­ła­wi­ła, cią­gle miał ja­kieś nie­stwo­rzo­ne po­my­sły na za­ra­bia­nie pie­nię­dzy. To zresz­tą u Bam­be­rów ro­dzin­ne. Jego pra­pra­dzia­dek przed woj­ną w ten spo­sób stra­cił ma­ją­tek swo­jej żony, czy­li mo­jej bab­ki. Ale Woj­tuś mnie ko­cha i nig­dy by mnie nie okradł. Wie­dział, że mu za­wsze po­mo­gę. Dla­te­go sama po­zwo­li­łam mu za­brać do sprze­da­nia parę dro­bia­zgów, na któ­rych mi nie za­le­ża­ło. Nie­ste­ty, w trak­cie tego ty­go­dnia, kie­dy mnie nie było, tyl­ko on wy­no­sił z na­szej ka­mie­ni­cy tak duży pa­ku­nek. No a poza tym na zam­kach nie było śla­du wła­ma­nia, czy­li zło­dziej mu­siał mieć klu­cze.
   – A gdzie Woj­tek sprze­dał te rze­czy?
   – U Gel­ber­ga. Wiesz, tego, co chciał ode mnie te ob­ra­zy ku­pić.
   – To cie­ka­we. Może mu nie­opatrz­nie po­wie­dział, że pani wy­je­cha­ła, i Gel­berg to wy­ko­rzy­stał?
   – Mo­żesz mieć ra­cję, mój dro­gi chłop­cze!
   W pa­nią Ir­mi­nę jak­by wstą­pił nowy duch. Trop wpraw­dzie był wą­tły, ale pro­wa­dził w od­po­wied­nią, jej zda­niem, stro­nę. Na do­da­tek da­wał na­dzie­ję na oczysz­cze­nie z za­rzu­tów jej ko­cha­ne­go wnu­sia! Tak, te­raz trze­ba po­dą­żać tym śla­dem! Ja­cek, ro­biąc przy­siad, zer­k­nął na mo­ment na sto­ją­cą na pod­ło­dze wa­liz­kę. Spoj­rzał raz jesz­cze na ścia­nę, gdzie były śla­dy po wi­szą­cych do nie­daw­na ob­ra­zach.
   – I niby w tej wa­liz­ce miał wy­nieść tych kil­ka ob­ra­zów?
   – Tak.
   – To nie­moż­li­we.
   – Dla­cze­go?
   – Pro­szę spoj­rzeć, pani Ir­mi­no – Ja­cek pod­niósł pu­stą wa­liz­kę i przy­ło­żył ją do ścia­ny w miej­scu, gdzie wciąż bar­dzo wy­raź­ny był ślad po naj­więk­szym z ob­ra­zów. – Ona jest ciut za mała na to. Te trzy by się wpraw­dzie zmie­ści­ły, ale ten je­den Mal­czew­ski za nic by tu nie wszedł.
   – Masz ra­cję, mój dro­gi chłop­cze. Mu­szę im to szyb­ko po­wie­dzieć! – Pani Ir­mi­na była te­raz pew­na, że chwi­la uwol­nie­nia Woj­tu­sia zbli­ża się wiel­ki­mi kro­ka­mi. Już nie­mal chwy­ta­ła za słu­chaw­kę te­le­fo­nu, żeby za­dzwo­nić do pod­ko­mi­sa­rza Ło­sia, lecz jej ręka za­wi­sła w po­wie­trzu i po­zo­sta­ła chwi­lę w bez­ru­chu. W koń­cu mach­nę­ła nią z re­zy­gna­cją. – Oni to i tak zlek­ce­wa­żą. Ty mu­sisz zna­leźć tego zło­dzie­ja.
   – Ja? Prze­cież ja nie je­stem po­li­cjan­tem ani na­wet de­tek­ty­wem.
   – Tyl­ko ty mi mo­żesz po­móc. Ten po­li­cjant nie zro­bił na mnie naj­lep­sze­go wra­że­nia. A prze­cież pa­mię­tam, kie­dy by­łeś mały, bez pro­ble­mu zna­la­złeś psa Woj­tu­sia, któ­re­go za­brał ten okrop­ny ubek spod ósem­ki.
   – Ale to była za­ba­wa
   – To tym ra­zem bę­dzie pra­ca. Ja ci za to za­pła­cę.
   – Ale…
   – Bez ga­da­nia. Wy­naj­mu­ję cię jako de­tek­ty­wa. Bez­wa­run­ko­wo! – pod­nio­sła się z fo­te­la. – A ju­tro rano od­wie­dzę Woj­tu­sia i po­wiem mu, żeby się nie mar­twił, bo ty na pew­no znaj­dziesz zło­dzie­ja!
    
   Pod­ko­mi­sarz Łoś pa­trzył na aresz­tan­ta prze­ni­kli­wym wzro­kiem. Lewą ręką bęb­nił pal­ca­mi o blat swo­je­go biur­ka, a na pra­wy wska­zu­ją­cy pa­lec na­krę­cał swo­im zwy­cza­jem wąsa. To jak zwy­kle świad­czy­ło o in­ten­syw­nym wy­sił­ku in­te­lek­tu­al­nym po­li­cjan­ta, tym ra­zem jed­nak zu­peł­nie bez­owoc­nym. Po­dej­rza­ny upo­rczy­wie od­ma­wiał ugię­cia się pod cię­ża­rem do­wo­dów, ja­kie zgro­ma­dził pod­ko­mi­sarz. A to mo­gło źle wpły­nąć na roz­wój śledz­twa, a nad­to na­ru­szyć jego au­to­ry­tet u aspi­ran­ta Smań­ki. Je­dy­na na­dzie­ja, jaka się tli­ła w pod­ko­mi­sa­rzu, była pod­sy­ca­na przez pa­pie­ry, któ­re otrzy­mał przed go­dzi­ną. Przej­rzał je po­spiesz­nie i po­my­ślał, że to może być wła­ści­wy trop. Za­nim jed­nak nim ru­szy, po­sta­no­wił dać ostat­nią szan­sę aresz­tan­to­wi.
   – No więc jak, pa­nie Bam­ber, przy­zna się pan w koń­cu do kra­dzie­ży tych ob­ra­zów czy nie?
   – Już panu ty­siąc razy po­wta­rza­łem, że ich nie za­bra­łem. Nie okra­dał­bym wła­snej bab­ci. Nie ma­cie na mnie żad­nych do­wo­dów.
   – Mamy wy­star­cza­ją­ce po­szla­ki, żeby spę­dził pan ja­kiś czas w aresz­cie. Choć­by brak śla­dów wła­ma­nia. No i to na­gra­nie z wa­liz­ką.
   – Szko­da tyl­ko, że nie spraw­dził pan do­kład­nie roz­mia­rów tej wa­liz­ki.
   – Nie ro­zu­miem, o co panu cho­dzi – pod­ko­mi­sarz Łoś ner­wo­wo po­dra­pał się po wą­sie.
   – Cho­dzi mi o to, że ten naj­więk­szy Mal­czew­ski by się do niej nie zmie­ścił.
   – Skąd pan to wie? – za­in­te­re­so­wał się star­szy aspi­rant Smańko, ale za­raz umilkł skar­co­ny wzro­kiem prze­ło­żo­ne­go.
   – Moja bab­cia wy­na­ję­ła już od­po­wied­nie­go czło­wie­ka.
   – De­tek­ty­wa? Kogo?
   – Po­znał go pan. To jej są­siad, Ja­cek Przy­pa­dek.
   – On jest de­tek­ty­wem?
   – Nie jest. Za to pierw­szą rze­czą, któ­rą zro­bił, było przy­ło­że­nie tej wa­liz­ki do śla­dów po ob­ra­zie, jaki zo­stał na ścia­nie.
   – Ko­lej­ny ama­tor, któ­ry na­oglą­dał się kry­mi­na­łów i wy­da­je mu się, że może być de­tek­ty­wem – prych­nął po­gar­dli­wie Łoś.
   – To co pan wy­no­sił w tej wa­liz­ce? – spy­tał star­szy aspi­rant Smań­ko.
   – Już mó­wi­łem! Tro­chę sta­ro­ci. Za­nio­słem je do pana Gel­ber­ga, bo nimi rów­nież się in­te­re­so­wał. Sprze­da­łem je, aby po­kryć część swo­ich dłu­gów.
   – Rze­czy­wi­ście, pan Gel­berg to po­twier­dził – przy­znał nie­chęt­nie Łoś. – Ale może to było tak. Bab­cia po­zwo­li­ła panu za­brać te ob­ra­zy, żeby pan je sprze­dał Gel­ber­go­wi, a sama po­sta­no­wi­ła wy­łu­dzić za nie od­szko­do­wa­nie?
   – Jak pan śmie ob­ra­żać moją bab­cię!
   – A śmiem, pro­szę pana – Łoś pod­niósł z biur­ka tecz­kę z pa­pie­ra­mi otrzy­ma­ny­mi przed go­dzi­ną. – Wła­śnie do­wie­dzia­łem się, że pana bab­cia była kie­dyś są­dzo­na za pró­bę prze­my­tu dzieł sztu­ki i do­sta­ła za to wy­rok w za­wie­sze­niu. Wie­dział pan o tym?
   – Nie – od­po­wie­dział szcze­rze zdzi­wio­ny Bam­ber, wy­ko­nu­jąc przy tym gwał­tow­ny ruch gło­wą.
   – A wi­dzi pan. Ja wiem, że ona jest oso­bą sze­ro­ko usto­sun­ko­wa­ną, z róż­ny­mi zna­jo­my­mi, ale to jej nie po­mo­że. Na po­li­cję jesz­cze może na­ci­snąć, ale fir­ma ubez­pie­cze­nio­wa jak nic nie po­pu­ści w tej spra­wie – za­bęb­nił po­now­nie pal­ca­mi o blat swo­je­go biur­ka. – To może jesz­cze pan ze­chce zmie­nić ze­zna­nia?

Komentarze czytelników