Tekst ODCINEK 11
był czytany 783 razy
ODCINEK 11
- Długo tak jeszcze stała? – zapytał Jacek pani Irminy, gdy wrócił z wieczornego treningu. W obecnej chwili, opierając się o komodę starszej pani, wykonywał ćwiczenie rozciągające.
– Kilka dobrych minut. Musiałeś na niej zrobić piorunujące wrażenie. Kto to był?
– Nikt ważny – Jacek machnął lekceważąco ręką. – Ma pani do mnie jakąś sprawę?
– Tak. Zamknęli Wojtusia, bo uważają, że on to zrobił – wyznała smutno pani Irmina, wskazując puste miejsca na ścianach.-W tamtej nowej kamienicy jest kamera i nagrała go, jak wychodził z naszej bramy z tą wielką walizą – wskazała walizkę stojącą obok komody. – Ja wiem, to był zawsze straszny utracjusz, karciarz i szaławiła, ciągle miał jakieś niestworzone pomysły na zarabianie pieniędzy. To zresztą u Bamberów rodzinne. Jego prapradziadek przed wojną w ten sposób stracił majątek swojej żony, czyli mojej babki. Ale Wojtuś mnie kocha i nigdy by mnie nie okradł. Wiedział, że mu zawsze pomogę. Dlatego sama pozwoliłam mu zabrać do sprzedania parę drobiazgów, na których mi nie zależało. Niestety, w trakcie tego tygodnia, kiedy mnie nie było, tylko on wynosił z naszej kamienicy tak duży pakunek. No a poza tym na zamkach nie było śladu włamania, czyli złodziej musiał mieć klucze.
– A gdzie Wojtek sprzedał te rzeczy?
– U Gelberga. Wiesz, tego, co chciał ode mnie te obrazy kupić.
– To ciekawe. Może mu nieopatrznie powiedział, że pani wyjechała, i Gelberg to wykorzystał?
– Możesz mieć rację, mój drogi chłopcze!
W panią Irminę jakby wstąpił nowy duch. Trop wprawdzie był wątły, ale prowadził w odpowiednią, jej zdaniem, stronę. Na dodatek dawał nadzieję na oczyszczenie z zarzutów jej kochanego wnusia! Tak, teraz trzeba podążać tym śladem! Jacek, robiąc przysiad, zerknął na moment na stojącą na podłodze walizkę. Spojrzał raz jeszcze na ścianę, gdzie były ślady po wiszących do niedawna obrazach.
– I niby w tej walizce miał wynieść tych kilka obrazów?
– Tak.
– To niemożliwe.
– Dlaczego?
– Proszę spojrzeć, pani Irmino – Jacek podniósł pustą walizkę i przyłożył ją do ściany w miejscu, gdzie wciąż bardzo wyraźny był ślad po największym z obrazów. – Ona jest ciut za mała na to. Te trzy by się wprawdzie zmieściły, ale ten jeden Malczewski za nic by tu nie wszedł.
– Masz rację, mój drogi chłopcze. Muszę im to szybko powiedzieć! – Pani Irmina była teraz pewna, że chwila uwolnienia Wojtusia zbliża się wielkimi krokami. Już niemal chwytała za słuchawkę telefonu, żeby zadzwonić do podkomisarza Łosia, lecz jej ręka zawisła w powietrzu i pozostała chwilę w bezruchu. W końcu machnęła nią z rezygnacją. – Oni to i tak zlekceważą. Ty musisz znaleźć tego złodzieja.
– Ja? Przecież ja nie jestem policjantem ani nawet detektywem.
– Tylko ty mi możesz pomóc. Ten policjant nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia. A przecież pamiętam, kiedy byłeś mały, bez problemu znalazłeś psa Wojtusia, którego zabrał ten okropny ubek spod ósemki.
– Ale to była zabawa
– To tym razem będzie praca. Ja ci za to zapłacę.
– Ale…
– Bez gadania. Wynajmuję cię jako detektywa. Bezwarunkowo! – podniosła się z fotela. – A jutro rano odwiedzę Wojtusia i powiem mu, żeby się nie martwił, bo ty na pewno znajdziesz złodzieja!
Podkomisarz Łoś patrzył na aresztanta przenikliwym wzrokiem. Lewą ręką bębnił palcami o blat swojego biurka, a na prawy wskazujący palec nakręcał swoim zwyczajem wąsa. To jak zwykle świadczyło o intensywnym wysiłku intelektualnym policjanta, tym razem jednak zupełnie bezowocnym. Podejrzany uporczywie odmawiał ugięcia się pod ciężarem dowodów, jakie zgromadził podkomisarz. A to mogło źle wpłynąć na rozwój śledztwa, a nadto naruszyć jego autorytet u aspiranta Smańki. Jedyna nadzieja, jaka się tliła w podkomisarzu, była podsycana przez papiery, które otrzymał przed godziną. Przejrzał je pospiesznie i pomyślał, że to może być właściwy trop. Zanim jednak nim ruszy, postanowił dać ostatnią szansę aresztantowi.
– No więc jak, panie Bamber, przyzna się pan w końcu do kradzieży tych obrazów czy nie?
– Już panu tysiąc razy powtarzałem, że ich nie zabrałem. Nie okradałbym własnej babci. Nie macie na mnie żadnych dowodów.
– Mamy wystarczające poszlaki, żeby spędził pan jakiś czas w areszcie. Choćby brak śladów włamania. No i to nagranie z walizką.
– Szkoda tylko, że nie sprawdził pan dokładnie rozmiarów tej walizki.
– Nie rozumiem, o co panu chodzi – podkomisarz Łoś nerwowo podrapał się po wąsie.
– Chodzi mi o to, że ten największy Malczewski by się do niej nie zmieścił.
– Skąd pan to wie? – zainteresował się starszy aspirant Smańko, ale zaraz umilkł skarcony wzrokiem przełożonego.
– Moja babcia wynajęła już odpowiedniego człowieka.
– Detektywa? Kogo?
– Poznał go pan. To jej sąsiad, Jacek Przypadek.
– On jest detektywem?
– Nie jest. Za to pierwszą rzeczą, którą zrobił, było przyłożenie tej walizki do śladów po obrazie, jaki został na ścianie.
– Kolejny amator, który naoglądał się kryminałów i wydaje mu się, że może być detektywem – prychnął pogardliwie Łoś.
– To co pan wynosił w tej walizce? – spytał starszy aspirant Smańko.
– Już mówiłem! Trochę staroci. Zaniosłem je do pana Gelberga, bo nimi również się interesował. Sprzedałem je, aby pokryć część swoich długów.
– Rzeczywiście, pan Gelberg to potwierdził – przyznał niechętnie Łoś. – Ale może to było tak. Babcia pozwoliła panu zabrać te obrazy, żeby pan je sprzedał Gelbergowi, a sama postanowiła wyłudzić za nie odszkodowanie?
– Jak pan śmie obrażać moją babcię!
– A śmiem, proszę pana – Łoś podniósł z biurka teczkę z papierami otrzymanymi przed godziną. – Właśnie dowiedziałem się, że pana babcia była kiedyś sądzona za próbę przemytu dzieł sztuki i dostała za to wyrok w zawieszeniu. Wiedział pan o tym?
– Nie – odpowiedział szczerze zdziwiony Bamber, wykonując przy tym gwałtowny ruch głową.
– A widzi pan. Ja wiem, że ona jest osobą szeroko ustosunkowaną, z różnymi znajomymi, ale to jej nie pomoże. Na policję jeszcze może nacisnąć, ale firma ubezpieczeniowa jak nic nie popuści w tej sprawie – zabębnił ponownie palcami o blat swojego biurka. – To może jeszcze pan zechce zmienić zeznania?