Tekst JAN BEZ SZCZĘŚCIA
był czytany 1830 razy
JAN BEZ SZCZĘŚCIA
Był naprawdę wielkim facetem. Teraz 190 cm nie robi większego wrażenia, ale w moim pokoleniu nawet ja, o 10 cm niższy, uchodziłem za wysokiego. Do tego miał potężne bary, gromki śmiech, który niemal rozsadzał ściany i twarz największego poczciwca na świecie. Potrafił przy tym fenomenalnie gotować i wiele imprez odbywało się z udziałem jego różnych „superdań”.
Dlatego jego po prostu trzeba było lubić, a panie wręcz za nim szalały. On jednak był absolutnie wierny wybrance swojego serca, Kasi. Z wzajemnością zresztą. Z tego powodu wróżono im długą i szczęśliwą przyszłość. Na dodatek oboje nie musieli się martwić o utrzymanie, bo on odziedziczył dwa ładne mieszkania, a ją rodzice odpowiednio zabezpieczyli. Dzięki temu mogli sobie pozwolić na luksus robienia tego, co ich naprawdę interesowało. Wszyscy uważali więc Janka za farciarza.
Już na studiach pracował w gazecie studenckiej, bo wiedział zawsze, że chce być dziennikarzem. Głęboki i dobrze ustawiony głos sprawił, że dostał się do radia, zaś jakiś czas potem, do jednego z telewizyjnych programów informacyjnych. Znajomi wróżyli mu wspaniałą przyszłość w mediach. Twierdzili, że wkrótce przestanie jeździć w teren i zacznie prowadzić główne wydania, co jak wiadomo, jest szczytem takiej kariery. Potem już tylko można wylecieć z pracy lub dostać jakiś własny program, w stylu gadających głów.
Ale, ku naszemu zaskoczeniu, po roku Janek zniknął z anteny. Jeszcze przez jakiś czas pracował w tamtej redakcji lecz i to się wkrótce skończyło. Pomyśleliśmy, że ktoś go musiał „wygryźć”, że zgubiła go wrodzona szczerość. Ktoś nawet, kto znał kogoś innego w tej telewizji, zagadnął, co się stało z Jankiem i dlaczego już tam nie pracuje. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem, iż to dlatego, że nie miał szczęścia.
Nie bardzo rozumieliśmy, o co chodzi w tym stwierdzeniu. Znajomy znajomego też go nie precyzował. Ale wkrótce skądinąd usłyszeliśmy, że nasz kolega, na wzór angielskiego króla, był nazywany Janem Bez Szczęścia. Nie byliśmy niestety z nikim stamtąd w tak bliskich stosunkach, by nam to wytłumaczył. A i sam Janek zniknął na jakiś czas z pola naszego widzenia.
Dopiero ponad dwa lata później ktoś zauważył, że pracuje w jakiejś małej restauracji. Początkowo myśleliśmy, że to pomyłka. Wprawdzie pamiętaliśmy kulinarne umiejętności Janka, ale zabezpieczenia finansowe, które posiadał z Kasią, podówczas już jego żoną, nie powinny go zmuszać do podejmowania tak kiepsko płatnej pracy. Ale wtedy wyszło na jaw, że Janek pozbył się rok wcześniej jednego z mieszkań, choć zapowiadał, że będzie je wynajmował po wsze czasy, by w końcu oddać swoim dzieciom. Pomyśleliśmy, że rzeczywiście chyba popadł w jakieś tarapaty, musiał oddać długi, czy coś takiego. W świetle tych wydarzeń, jego telewizyjny pseudonim nie wydawał nam się już tak dziwaczny, jak przedtem.
I przyznam szczerze, gdy usłyszałem któregoś dnia jego głos w słuchawce, w pierwszej chwili pomyślałem, że dzwoni po prostu pożyczyć pieniądze. To przekonanie umocniło jeszcze to, co powiedział, kiedy zakończyliśmy już ustalenie terminu naszego ostatniego spotkania i telefonicznej rozmowy.
- Słuchaj, chciałem cię prosić o małą pomoc.
- Tak.
- Ty podobno pracujesz w marketingu, a ja mam taki mały problem...
No tak, jak wiadomo ludzie z reklamy zarabiają duże pieniądze, więc na pewno mogą co nieco pożyczyć. Wprawdzie Janek zapraszał mnie na lunch do „swojej” restauracji, ale ja byłem przygotowany na to, że przyjdzie mi za niego zapłacić samodzielnie. Na szczęście, z tego co słyszałem, nie był to drogi lokal.
Na początku naszego spotkania ponownie zajęliśmy się dociekaniem, jak dawnośmy się nie widzieli. Doszliśmy do tych samych wniosków co poprzednio, więc Janek przywołał kelnera, by coś zamówić. To, że kelner starał się być jak najbardziej dla nas miły, nie zdziwiło mnie. Pewnie robił to dla kolegi z pracy. Ale już fakt, że powiedział do Janka: „Robi się, szefie”, nieco mnie zaskoczył.
- Wiesz, urodziło mi się ostatnio dziecko – pochwalił się Janek, gdy kelner zniknął.
„No tak, nowy członek rodziny, nowe wydatki, a pieniędzy wciąż mało.” –pomyślałem i sam się zaraz skarciłem, za to okropne stwierdzenie.
- Dlatego zacząłem myśleć o rozwoju firmy – pokazał ręką wokół siebie.
- To jest twoje? – zapytałem z niedowierzaniem, a moja mina musiała być bardzo głupia.
- Tak. A ty myślałeś, że jestem tu tylko kierownikiem?
- No tak – przytaknąłem, choć przecież stawiałem Janka dużo niżej w hierarchii służbowej.
- Nie, to wszystko moje. Jak odszedłem z telewizji, to musiałem sobie zadać pytanie, co tak naprawdę potrafię w życiu robić. I stwierdziłem, że potrafię dobrze gotować. Dlatego wspólnie z Kasią postanowiliśmy zaryzykować, sprzedaliśmy jedno z moich mieszkań i wszystko włożyliśmy w ten interes. Idzie nam świetnie, klienteli wciąż przybywa, dlatego chcemy otworzyć jeszcze ze dwa lokale i myślimy też o franszyzie... Znasz się na tym?
- Umiarkowanie. Ja zajmuje się głównie kreacją i od tej strony mógłbym ci pomóc. Nazwa lokalu, hasło reklamowe, te sprawy.
- To szkoda, bo głównie o franszyzie chciałem z tobą porozmawiać.
- Jak chcesz, to mogę zapłacić za swój lunch – zażartowałem.
- Nie trzeba – uśmiechnął się szeroko – Jakoś wiążę koniec z końcem. Od czasu jak odszedłem z telewizji, szczęście mnie nie opuszcza.
- To tam miałeś pecha? – zapytałem z głupia frant, udając, że nic nie wiem o jego telewizyjnej karierze.
- W pewnym sensie tak.
- Dlaczego w pewnym sensie?
- Bo widzisz – wziął głębszy oddech, ale zaraz wypuścił z siebie powietrze. – To dłuższa historia.
- Chętnie posłucham.
Kelner przyniósł nam napoje i w chwilę potem bezszelestnie zniknął.
- Radio, w którym pracowałem, to była w gruncie rzeczy lokalna rozgłośnia. Robota była przyjemna, wokół mili ludzie, a ja byłem cenionym dziennikarzem. Radio nie goniło za sensacją, życie toczyło tam się wolnym tempem. Zbyt wolnym jak dla mnie, dlatego zacząłem szukać innego pracodawcy. Tak trafiłem do telewizji, do programu informacyjnego. I tu zaczął mnie prześladować mój pech, choć nie od początku było to widoczne. Zaczęło się od drogowców.
- Od drogowców?
- Od drogowców. Nieśmiertelny temat każdej zimy. Gdy przychodzą duże opady, nie ma takiej siły, żeby udało im się odśnieżać na bieżąco. Wymagałoby to utrzymywania na zapas ogromnej armii ludzi z bardzo drogim sprzętem, tylko po to, by użyć ich dwa, trzy razy w roku. Nie udaje to się nigdzie na świecie, także w krajach dużo bogatszych od nas. Ale to zawsze świetny temat, zwłaszcza dla telewizji. Pokazanie szalejącego żywiołu, ludzi uwięzionych w śnieżnych zaspach. Widowisko pierwsza klasa!
W jego głosie dało się wyczuć odrobinę cynizmu, połączonego z drwiną. Napił się swojego soku i kontynuował.
- Meteorolodzy zapowiadali straszne śnieżyce. Reporterzy zostali wypuszczeni w teren i co chwila słali trwożące krew w żyłach meldunki. Wszyscy, z wyjątkiem mnie. Na moim „odcinku” spadło ledwie kilka centymetrów i wszystko było w porządku. Inaczej mówiąc, nie ma o czym informować. Połączyli się ze mną tylko jeden raz i kazali wracać do domu.
Nadszedł mój obiad. Pachniał smakowicie, dlatego od razu zabrałem się za jego pałaszowanie. Ten widok musiał chyba koić serce Janka, gdyż uśmiechnął się zadowolony.
- A co było potem? – zapytałem, gdy już zaspokoiłem pierwszy głód.
- Potem były święta i korki na drogach. Kolejny nieśmiertelny temat. Wiadomo, że gdyby nawet ustalić ze wszystkimi kierowcami ich dokładną godzinę powrotu, to nie ma najmniejszych szans, żeby drogi się nie zablokowały. Zawsze jest bowiem ograniczony czas tych powrotów, zaś ilość pojazdów ogromna. I znów tak naprawdę, dla tych paru okazji w roku, trzeba byłoby stworzyć osobną, ogromną sieć dróg. Ponadto jakakolwiek mała kolizja, która przy tym natężeniu ruchu jest nieunikniona, wydłuża korek maksymalnie. Tak było i wtedy. Wracający od rodziny ludzie zablokowali wszystkie drogi dojazdowe do Warszawy. Przepraszam, prawie wszystkie, bo akurat ta, na którą zostałem wysłany, była przejezdna. Nikt nie wie dlaczego. Znów więc miałem tylko jedno wejście na antenę i koniec. Zaś po tym wydarzeniu już kilka osób, zaczęło szeptać, że jestem niefartowny. Gdy na wiosnę, po roztopach wylały rzeki wszędzie tam, gdzie wysłano reporterów, a jedynie dziwnym trafem „moja” rzeka pozostała w korycie, wszyscy jednoznacznie stwierdzili, że mam pecha. Nadali mi nawet przezwisko, Jan Bez Szczęścia.
Podszedł do nas kelner, aby spytać, czy szef i ja, czegoś sobie nie życzymy. Ja poprosiłem o jeszcze jeden sok (zawsze strasznie dużo popijam przy jedzeniu) i zadeklarowałem, że mogę już za niego zapłacić. Wzrok Janka powiedział mi jednak wyraźnie, że jeszcze jedna taka propozycja i osobiście wyrzuci mnie ze swojego lokalu.
- A co było potem?
- Właściwie to samo. Tyle tylko, że przestano mnie wysyłać do takich „pewniaków”, jak wcześniej. Ani razu nie udało mi się trafić na nic sensacyjnego, co mogłoby wejść do programu nawet w największym sezonie ogórkowym. Zaczęto o mnie opowiadać kawały w stylu: „Dlaczego Janek nie zostanie nigdy korespondentem wojennym? Bo szef żadnego programu informacyjnego nie zaryzykuje zakończenia tak dobrze zapowiadającej się wojny.”
Musiałem mocno zagryźć wargi, aby nie wybuchnąć śmiechem. Na szczęście mój gospodarz, mocno pogrążony we wspomnieniach, nie zauważył tego.
- W końcu, ponieważ nie było sensu mnie nigdzie wysyłać, zacząłem pracować miejscowo, opracowując nadchodzące depesze agencyjne. Ale wkrótce się okazało, że nikt nie chce prowadzić programów na wizji w trakcie moich dyżurów. Prezenterzy mnie bardzo lubili, ale było więcej niż pewne, że gdy ja siedzę w redakcji, nie ma co liczyć na żaden zamach terrorystyczny, tragiczny karambol. O anomaliach pogody nie wspominając.
Skończyłem jeść, podziękowałem za wspaniały posiłek i zadeklarowałem, że będę polecał jego lokal wszystkim znajomym. Nie skorzystałem z propozycji spożycia piwa, gdyż nie piję nigdy przed wieczorem, a mieliśmy dopiero godzinę czternastą.
- Wtedy zacząłem myśleć o zmianie pracy, gdyż, w przeciwieństwie do moich kolegów, nie wierzyłem w chronicznie prześladującego mnie pecha. Przecież moje prywatne życie układało się wspaniale. Wiesz na przykład, że nie składałem nigdy żadnej reklamacji na zakupioną przez siebie rzecz, bo wszystkie działały bez zarzutu? Myślę, że mało kto, może się czymś takim pochwalić. A i w poprzedniej pracy układało mi się świetnie, więc trudno mi było uwierzyć, że nie nadaję się na dziennikarza. Pomyślałem więc, że to ta telewizja przynosi mi pecha, a nie ja jej. Zacząłem się nawet rozglądać za nowym miejscem pracy. Ale moja „sława”, sięgnęła najwyraźniej tak daleko, że nikt nie odpowiadał na moje CV. Wtedy pojąłem, że w tym fachu nie zrobię kariery.
- I nie masz zamiaru już być dziennikarzem?
- Myślę trochę o tym, żeby założyć własną gazetę o dobrej kuchni. Ale na razie chcę się zająć rozkręcaniem tego interesu. Bo odkąd go prowadzę, wiem dobrze, że z całą pewnością nie jestem niefartowny. Klienci walą drzwiami i oknami, a perspektywy mam świetne. Więc nie dość, że nie mam pecha, to posiadam wręcz szczęśliwą rękę. Tyle tylko, że to, co przynosi szczęście wszystkim innym ludziom, jest dla dziennikarza największym pechem, który psuje jego ukochaną oglądalność, słuchalność, poczytność. I dlatego jest to pod tym względem najbardziej wyjątkowy zawód świata.