Ta witryna wykorzystuje pliki cookies do przechowywania informacji na Twoim komputerze. Bez nich strona nie będzie działała poprawnie. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień dotyczących cookies.
42041 osoby czytały to 593331 razy. Teraz jest 19 osób
      19 użytkowników on-line
     Tekst WYSPA RÓBCOCHCESZ
     był czytany 1661 razy

WYSPA RÓBCOCHCESZ

   
   Prawie każdy z nas ma jakieś magiczne miejsca z dzieciństwa, lub okresu dorastania. Miejsce niezwykłe nie dlatego, że zaludniają je jakieś dziwne stwory, lub też na jego widok zapiera dech w piersiach. Jego magia bierze się z naszych wspomnień, z przeżyć, z uczuć, które nas z nim związały.
   Czasem wracamy do takiego miejsca jako ludzie dorośli i zwykle spotyka nas rozczarowanie. Jezioro, które w dzieciństwie wydawało nam się ogromne, jest zwykłym wodnym oczkiem. Na dodatek ktoś kupił ziemię, gdzie było do niego jedyne zejście i do tego zabronił w nim łapać ryby. I trudno już jest wzbudzić w sobie radosne wspomnienia wypraw z ojcem, z których wracaliście z siatą płoci, okoni i krąpi...
   Wyspa Róbcochcesz leży na jednym z wielkich, mazurskich jezior. Tak naprawdę nazywa się inaczej (o ile w ogóle się nazywa), ale tak ją ochrzciliśmy z dwoma kolegami, kiedy trafiliśmy na nią w pomaturalne wakacje. Poznaliśmy się rok wcześniej, nad morzem i wydawało się, że przyjaźń, którą zawarliśmy będzie trwać wiecznie. Był między nami jakiś dziwny rodzaj pozazmysłowego porozumienia, który sprawiał, że otoczenie właściwie od początku uważało, że musimy znać się co najmniej od piaskownicy.
   Wyspa miała około osiemdziesięciu metrów długości i trzydziestuu szerokości. Od strony wody okalał ją kilkumetrowy pas drzew, pochylających się nad trzcinami. Środek stanowiła niewielka łączka, na której biwakowaliśmy w naszych namiotach. Przez trzytygodniowy okres naszego pobytu panowały straszne upały i klimat tego łysego placka zrobił się zgoła stepowy, albo niemal półpustynny. Już od dziewiątej rano nie było tam czym oddychać, dlatego przenosiliśmy się z naszymi śpiworami nad wodę.
   Zdziwią was może te śpiwory. Po co one, skoro panują tak straszliwe upały? Otóż na niewielkim fragmencie przy brzegu, wolnym od drzew i zarośli, rosła soczyście zielona trawa. Nie było by w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że na tym maleńkim skrawku panowała bardzo niska temperatura. Nie mieliśmy przy sobie termometru, ale to, że musieliśmy tam siedzieć w śpiworach, bo inaczej było nam za zimno, najlepiej świadczy o jej wysokości.
   To miejsce było oczywiście naszym ulubionym. Spędzaliśmy tam mnóstwo czasu na czytaniu książek, ciągłych dyskusjach i sporach o rzeczy błahe i nader ważkie. Wtedy jeszcze chciało nam się je roztrząsać, jeszcze mieliśmy w sobie zapał. Trudno nam było dojść do porozumienia, bo jeden z nas wybrał jako kierunek studiów prawo, drugi filozofię a trzeci psychologię. I mimo tego, że nie byliśmy jeszcze nawet na jednym wykładzie, nasze spojrzenie było już w jakiś sposób obciążone.
   Wyspę opuszczaliśmy rzadko, średnio raz na trzy dni, aby uzupełnić zapasy. Wtedy dmuchaliśmy, ogromny, plastikowy worek. Ładowaliśmy do niego ubranie i niezbędne środki finansowe. Worek był zawiązywany i przymocowany tasiemką do ręki delikwenta, który przepływał z nim dwustumetrowy odcinek do stałego lądu. Tam się ubierał i szedł około pięciu kilometrów do sklepu. Potem tym samym sposobem wracał i znów byliśmy w komplecie.
   Jakimś szczęśliwym trafem w czasie naszego pobytu nie przybiła na wyspę żadna żaglówka. Mogliśmy się więc czuć niemal jak na bezludnym skrawku lądu, który był tylko naszą własnością. „Goście” pojawiali się u nas tylko w naszych rozmowach i gdy mieliśmy ich już dość, mogliśmy się ich szybko pozbyć.
   Ale przyszła w końcu chwila, gdy musieliśmy opuścić naszą Wyspę Róbcochcesz. Przypłynęła po nas łódka, która wyrzuciła nas na brzeg trzy tygodnie wcześniej. Zapakowaliśmy na nią swoje rzeczy i dwa worki śmieci, które zebraliśmy (nie tylko zresztą naszych, bo byli tu przed nami inni).
   Spędziliśmy jeszcze wspólnie tydzień w Bieszczadach i na tym skończyła się nasza przyjaźń. Zajęliśmy się nauką, nawiązywaniem nowych znajomości. Jeszcze kilka razy się widywaliśmy, ale coraz bardziej nie byliśmy się w stanie zrozumieć. Jeden popadł w mistycyzm, drugi w skrajny nonkonformizm. Co się stało ze mną, musieliby ocenić oni.
   Tylko Wyspa Róbcochcesz ciągle była w naszych wspomnieniach magiczna. Choć byliśmy razem w kilku innych miejscach, to ona była przecież wtedy tylko nasza. I taka już pozostała na zawsze.
   Na moim rodzinnym bloku stanęła wielka, żółta, pięciometrowa litera „M”. W moim dawnym pokoju nie mogę otworzyć okna, żeby nie poczuć zapachu Big Maca z frytkami.
   Las obok mojej babci, gdzie co roku zbierałem wielkie kosze grzybów, został wycięty. Z brzegu wyrósł jakiś dom, dalej zasadzono młodniak, który stanie się lasem najwcześniej za dwadzieścia lat. I nie będzie miał dla mnie w sobie nic niezwykłego.
   Jezioro, nad którym spędzałem z rodzicami w dzieciństwie wakacje, okazało się dużo mniejsze niż sądziłem. A na dodatek zmniejsza się rzeczywiście, zarastając torfem. Za to młody las obok, gdzie chodziliśmy na maślaki, urósł i jest już zupełnie innym lasem.
   Tylko Wyspa Róbcochcesz jest nadal taka sama.
   Pewnie dlatego, że od tamtej pory już nigdy jej nie widziałem.
   

Komentarze czytelników