Tekst „A ONE TAK PIĘKNIE MÓWIĄ"
był czytany 1536 razy
„A ONE TAK PIĘKNIE MÓWIĄ"
Trudno powiedzieć, by Stefan wyróżniał się jakoś szczególnie na tle klubu poezji „To był naprawdę fascynujący wieczór”. Byłoby to zadanie niełatwe, bo klub nasz zasadniczo składał się głównie z indywidualności. Niekoniecznie literackich, bo poezja była raczej tylko pretekstem istnienia tego miejsca. To prawda, że co tydzień, w czwartek, odbywał się jakiś wieczorek poezji, ale ludzie przychodzili tu chyba głównie, by obcować z jej duchem aniżeli z literą. Owszem, było tam kilku niewątpliwie uzdolnionych autorów. Ale co najważniejsze, nie wytwarzali oni żadnego dystansu między sobą, a pozostałymi, mniej utalentowanymi, czy też zgoła w ogóle nie piszącymi.
Tak jak mówiłem, członków klubu łączył raczej duch poezji, niż ona sama sensu stricto (gusta literackie były zgoła różnorodne). Dlatego też miejsce to pozytywnie różniło się od innych towarzystw poetycko-literackich, czy młodzieżowych „przybudówek” dorosłych związków literackich, z którymi się zetknąłem. Nie miało w sobie nic z kółek wzajemnej adoracji początkujących pisarzy, które powstawały wtedy w różnych miejscach kraju, a teraz również opanowały przestrzeń internetową, przybierając postać wortali literackich.
Dlatego w ramach klubu świetnie dogadywał się zagorzały anarchista z liberalnym konserwatystą, wielbiciel poezji nowoczesnej z rymującym tradycjonalistą, a także feministka z antyfeministą. Jego bogactwem była właśnie mnogość osobowości, od tłumacza hinduskich książek religijnych, aż po osobnika, który był trzydziestym drugim (albo dwudziestym trzecim, już nie pamiętam) kandydatem w kolejce do rosyjskiego tronu.
Stefan więc, siłą rzeczy, nie bardzo mógł się wyróżniać na tle klubu. Nie należał zresztą nigdy do stałego trzonu bywalców, był raczej wolnym elektronem, który krążył wokół „To był naprawdę fascynujący wieczór”. Czasem bywał regularnie, przez dwa, trzy miesiące, a potem znikał na pół roku.
Niestety, starsze pokolenie klubowiczów wkroczyło w dorosłe życie i nie miało już czasu zajmować się bieżącą działalnością, a młodszym zabrakło społecznej żyłki. Klub rozpadł się po pięciu latach prężnej działalności, pół roku stagnacji, oraz pół roku „dogorywania”. Wielu osobom było z tego powodu przykro, lecz nikt nie podejrzewał, że z powodu zakończenia jego działalności, ktoś może mieć naprawdę poważne problemy...
Sporo znajomości z tego okresu przetrwało i kontynuowanych było w życiu pozaklubowym. Wciąż ktoś miał o kimś jakąś informację, ktoś znikał, by za jakiś czas pojawić się. Ale o Stefanie nie słyszałem ładnych parę lat. Aż w końcu dowiedziałem się, że jest ścigany przez policję i musi się ukrywać.
Zdziwiło mnie to, bo o ile trudno się było wyróżnić na tle klubu, to miałem wrażenie, że Stefan miałby problem z wyróżnieniem się na jakimkolwiek tle. Spokojny, zgodny, spoglądał tęsknie na kilka klubowiczek, ale żadna nie odwzajemniała jego spojrzeń. Widać było, ile go kosztuje stresu przełamanie się i przeczytanie swojego utworu. Gdy kilka razy odważył się to zrobić na zbiorczych wieczorkach, to głos miał tak bardzo cichy, że nikt go nie słyszał (ale też nie przerywano mu, bo to było w złym tonie). A tu teraz konflikt z prawem! Gdybym się tego dowiedział o naszym klubowym anarchiście, zawzięcie walczącym o prawa wykorzystywanych i uciskanych, przyjąłbym to ze zrozumieniem. Ale Stefan?!
Kiedy jednak spotkałem go jakieś dwa lata później, nie mogłem mieć wątpliwości, że jest ścigany. Rozbiegany wzrok nie mógł zatrzymać się nigdzie nawet na sekundę, podniszczone ubranie było tylko ciut lepsze od garderoby bezdomnych. Czuć było od niego alkohol. Wychodził akurat z lasu Kabackiego, gdzie ja właśnie udawałem się na spacer. Poznał mnie od razu.
- Cześć – przywitał się i bez zbędnych wstępów przeszedł do konkretów. – Możesz mi pożyczyć dziesięć złotych? Mam kłopoty.
- Chyba już od jakiegoś czasu – zauważyłem bez złośliwości i zacząłem ze wszystkich możliwych kieszeni wysupływać drobne.
- Skąd wiesz? Byli już u ciebie? – o ile jeszcze przed chwilą jego oczy krążyły wokół, to teraz na moment mało nie wyszły mu z orbit.
- Wprawdzie nie wiem o kim mówisz, ale chyba nikogo u mnie nie było.
- Mam na myśli policję – dookreślił, a ja pokręciłem przecząco głową. – Byli u większości znajomych.
- Słuchaj, a co ty właściwie zrobiłeś? Zabiłeś kogoś?
Uśmiechnął się szyderczo i schował do kieszeni pieniądze ode mnie.
- To raczej coś mnie zabiło... Chociaż, przesadzam, raczej zgubiło.
- Co?
- Miłość do poezji – westchnął ciężko.
Rozejrzał się uważnie wokół i wyciągnął z kieszeni małą buteleczkę („setkę”) z alkoho-lem. Pociągnął z niej łyka, skrzywił się niemiłosiernie, ale to go nieco uspokoiło.
- Zawsze byłem nieprzystosowany do życia i nie wiedziałem, co chcę ze sobą zrobić. Latka leciały, rodzice coraz bardziej krzywili się, że muszą mnie utrzymywać. Czasem gdzieś trochę popracowałem, ale nigdy długo. Aż w końcu zostałem nocnym stróżem w takiej jednej firmie i to był początek mojego końca.
- Czemu?
- Miałem całą wolną noc. Tam się praktycznie nic nie działo, trzeba było trzy razy w ciągu ośmiu godzin obejść teren i tyle. Zacząłem więc pisać wiersze, bardzo dużo. Tak byłem pochłonięty pisaniem, że zapominałem o całym Bożym świecie.
- I okradli twoją firmę?
- Nie – roześmiał się. – Chociaż właściwie została rzeczywiście okradziona. Ale przeze mnie. „Obrobiłem” ją na kilkadziesiąt tysięcy i dlatego wciąż ściga mnie jej szef. Gdyby wtedy istniał jeszcze nasz klub...
- Nic nie rozumiem – poddałem się i widać było, że moja ciekawość została rozpalona do granic możliwości. – To co się stało?
- A dołożysz jeszcze dychę?
Wyjąłem portfel i wręczyłem mu dwadzieścia złotych. Wziął je i przez moment obracał w palcach, jakby się zastanawiał, czy wydać mi resztę. Uznał jednak widocznie, że jego historia warta jest takiej kwoty, a ja się nie upominałem.
- Mam nadzieję, że koniec mojej opowieści cię nie rozczaruje. Ja po prostu nie miałem komu tych wierszy czytać, a koniecznie chciałem, żeby je ktoś usłyszał. Zacząłem więc wydzwaniać ze służbowego telefonu na sekslinię. I czytałem tym kobietom moje utwory. A potem słuchałem, jak do mnie mówią – zdecydował najwyraźniej, że czas najwyższy się ze mną już pożegnać, bo podał mi rękę. – A one tak pięknie mówią.