Tekst BYŁO MU DOBRZE
był czytany 1584 razy
BYŁO MU DOBRZE
Koło południa, tego samego dnia, gdy nad brzegami Bajkału spotkałem cichociemnego, nieopodal naszych namiotów zjawiła się zażywna kobieta koło pięćdziesiątki. Przedstawiła się jako Irina. Pragnęła nas wybadać, skąd przyjechaliśmy, po co i dlaczego akurat rozbiliśmy się w tym miejscu. Odpowiedzieliśmy, zgodnie z prawdą, że to był jedyny płaski fragment nabrzeża, jaki zauważyliśmy. Pokiwała ze zrozumieniem głową, ale powiedziała, że musimy się przenieść i to na drugą stronę miasta. Dzień Rybaka, który wkrótce się tu zacznie, miał zajmować całe to miejsce. Obiecała jednak, że przyśle samochód, który nas zawiezie, gdzie trzeba. Wprawdzie miejsce nieco gorsze, ale obóz da się rozbić.
Spakowaliśmy więc namioty i czekaliśmy spokojnie na transport. Po pół godzinie zobaczyliśmy dwa samochody osobowe, jadące w naszą stronę. Były pełne pasażerów, więc na pewno nie jechały po nas. Kiedy zatrzymały się tuż przy brzegu, wysypała się z nich grupka młodych mężczyzn. Początkowo udawali, że się nami nie interesują, ale już po kilku minutach usiłowali nawiązać kontakt.
Zaczęło się robić odrobinę nieprzyjemnie. Wprawdzie rozmowa dotyczyła błahych rzeczy i była raczej kulturalna, ale w spojrzeniu mężczyzn kryła się jakaś kiepsko skrywana agresja. Poczęstowali nas alkoholem, którego w tamtych warunkach klimatycznych nie sposób odmówić, bo jest to najgorszą obrazą (można to wybaczyć tylko paniom). Po paru szklaneczkach (w kieliszkach tam się nie pija) młodzieńcy wyłuszczyli sprawę, która ich sprowadziła. Zaproponowali nam, ni mniej, ni więcej, wymianę kobiet (ich za nasze).
Sytuacja zrobiła się dość groźna. Wprawdzie nie byliśmy związani z żadną z towarzyszących nam koleżanek, ale też nie mieliśmy zamiaru prowadzić przy ich pomocy handlu wymiennego. A tubylcy, podczas odbywania służby wojskowej, załapali się na końcówkę pobytu armii sowieckiej w Polsce, dlatego nasze dziewczyny były dla nich szczytem marzeń. Niełatwo było im więc wyperswadować nęcącą perspektywę bliższego kontaktu z Polkami. Uśmiechali się do nich, w większości złotymi już zębami, i zapewniali nas, że ich własne kobiety to też nielada „krasawice”. Jeśli im nie wierzymy, to oni mogą pojechać do miasta i je przywieźć...
Szczerze mówiąc nie wiem, jak zakończyłaby się ta sytuacja, gdyby nie przyjazd Stiopy. Słychać go już było z daleka, bo jechał straszliwie zdezelowanym samochodem dostawczym, którego silnik pracował tak, jakby ktoś zarzynał jego wszystkie konie mechaniczne. Stiopa z ułańską fantazją wjechał pomiędzy nas i młodzieńców, aż musieliśmy uskoczyć do tyłu.
- Wsiadajcie – rzucił do nas. – Przysłała mnie Irina.
- Ale Stiopa, my tu z gośćmi rozmawiamy – próbował oponować jeden z młodzieńców.
- Irina kazała ich przywieźć – uciął Stiopa i nikt już nie protestował.
Wsiedliśmy do jego zdezelowanego, dostawczego busa. Przysiedliśmy w kucki i chwyciliśmy się mocno, czego się dało, żeby się nie wywrócić. A nie było to zadanie łatwe, bo nie dość, że Stiopa pędził, to jeszcze droga pełna była wybojów. Na szczęście po kilku minutach wyjechaliśmy na asfalt.
- Z takimi to nawet nie ma co zaczynać rozmowy. Lepiej udawać, że się słowa po rosyjsku nie umie.
- No ale my z Pribałtiki... – trzymaliśmy się mocno wersji pochodzenia z trzech nadbałtyckich republik.
- Dobra, dobra, nie wciskajcie kitu. Ja, tak samo jak tamci, służyłem w Polsce i wiem kim jesteście. Irina zresztą też to wiedziała, jej mąż był Polakiem.
Niedługo znaleźliśmy się już po drugiej stronie miasta i mknęliśmy brzegiem Bajkału na południe. Aż do chwili, kiedy zatrzymaliśmy się nad urwistym brzegiem. Trochę nas to zaskoczyło, bo jak okiem sięgnąć trudno było wypatrzyć miejsce, gdzie moglibyśmy rozbić nasze namioty.
- Czy to tu? – zapytaliśmy niepewnie.
- Nie, ale zawsze jak tędy przejeżdżam, muszę się zatrzymać.
Stiopa wyciągnął z szoferki butelkę wódki i szklankę. Podszedł do małego kopczyka, usypanego na skraju drogi. Był to najwyraźniej czyjś symboliczny grób, dlatego zostaliśmy przy samochodzie, aby mu nie przeszkadzać. Ale on machnął na nas ręką, przywołując do siebie.
- To był mój najlepszy przyjaciel – łyknął mocno wódki i podał mi szklaneczkę. Chociaż mieliśmy na dzień dzisiejszy dość alkoholu, takiemu zaproszeniu naprawdę nie mogliśmy odmówić. – Zawsze, jak tędy jadę, zatrzymuję się, żeby go wspomnieć – nalał mi do szklaneczki przezroczysty napój. Niedużo, najwyżej setkę. Gorzej, że musiałem wypić ją „duszkiem”.
- Co mu się stało? – zapytał mój kolega, bo mnie zatkało i musiałem dość długo przełykać ślinę, by nie zbezcześcić tego miejsca.
- Pędziwiatr był i szaławiła. Dużo interesów robił, bo to syn był Iriny, a ona u nas szefowa spółdzielni – nasza wybawczyni musiała być rzeczywiście ważną personą, skoro nawet „złota młodzież” nie protestowała przeciw jej poleceniu. – Wiecznie gdzieś gnał i na nic nie miał czasu. No i nie wyrobił się na tym zakręcie.
Stiopa nalał do szklanki mojemu koledze a sam odgarnął kilka kamieni, które spadły na drogę z nadbajkalskich gór. Wtedy naszym oczom ukazała się metalowa tabliczka z danymi zmarłego i podpisem fundatorów, określonych krótko: „druzja” (przyjaciele). Ale pod tym był jeszcze napis, który brzmiał jak swoiste i dziwne epitafium. „Jemu było charaszo” czyli „Było mu dobrze”.
- A ten na... pis? – wydukałem, bo oddech wrócił mi już do normy.
- Mówiłem, na nic nie miał czasu – machnął ręką – Wziął z Siewierobajkalska taką jedną panienkę, ale nie miał nawet kiedy się z nią zatrzymać. Dlatego „obsługiwała” go po drodze – zabrał od kolegi szklankę i ponownie napełnił ją wódką. – Tyle miał chociaż przyjemności z tej śmierci.